Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą trening. Pokaż wszystkie posty

2.6.15

019 Trening ujeżdżeniowy

1 komentarz:
Koń: Missin Moves
Trener: Troye Mansell

Po wczorajszym treningu z Missin Moves byłem nastawiony dobrze co do dzisiejszej współpracy. Był wczesny poranek, koń spędził noc w małej stajni i jakieś pół godziny temu skończył śniadanie, zabrałem się więc za czyszczenie go z błota, w którym wczoraj się wytaplał. Zajęło mi to sporo czasu, ponieważ musiałem nieźle napracować się przy sklejkach na zadzie i brzuchu, jednak w końcu koń był czysty. Szybko go osiodłałem i zaprowadziłem tym razem na zewnętrzną arenę, bez czworoboku. Zacząłem stępować go w ręku, wykonując przy tym zwroty na zadzie, przodzie i stęp boczny. W końcu wsiadłem i występowałem go jeszcze przez kolejne 10 minut na długiej wodzy, robiąc przy tym koła, wolty, slalomy i wspomniane zwroty, aż w końcu zebrałem wodze i zabrałem się za ustępowanie od łydki na obie strony. Koń ładnie się zbierał i uważnie stawiał kroki, mimo wszystko robił to rytmicznie, nie gubiąc tempa. Kilka razy zad został z tyłu, więc poprawiałem ćwiczenie do skutku. W końcu Missin był dobrze rozgrzany, więc ruszyłem kłusem na luźnej wodzy. Zacząłem od kilku okrążeń zwykłego, spokojnego kłusa, żeby potem przyspieszyć tempo i przejść do kół o średnicy 20m, powtórzyłem ćwiczenia na drugą stronę i zabrałem się za wolty. Missin wyginał się prawidłowo i nie tracił tempa. W końcu najechałem na płaskie drągi. Quarter potknął się na początku więc powtórzyłem najazd po 2 razy na obie strony. Przyszedł czas na cavaletti. Tym razem ogier ładnie podnosił nogi, nie zgubił rytmu, tak więc nie potknął się. Dostał w nagrodę chwilę stępa na luźnej wodzy. Po kilku minutach zebrałem go i ruszyłem kłusem. Dałem mu delikatny znak do ustępowania od łydki w kłusie, ogier ładnie zareagował niemalże natychmiastowo wykonując polecenie z wielką dokładnością. Poklepałem go i wydłużyłem kłusa na długiej ścianie areny, a potem - na krótkiej ścianie - skróciłem go, żeby na kolejnej długiej znów go wydłużyć i przejść do stój kilka metrów przed zakrętem. Poklepałem ogiera za doskonałe zatrzymanie i ruszyłem kłusem, żeby za chwilę zabrać się za trawersy i ciągi. Koń starał się bardzo, więc został nagrodzony chwilą stępa na luźnej wodzy. Potem zebrałem go i dałem mu znak do cofania. Po kilku krokach zatrzymałem się, poklepałem go po zadzie i powtórzyłem. Wszystko jak na razie szło mu idealnie, więc zagalopowałem z kłusa na lewą nogę. Po kilku kołach galopu, zmieniłem kierunek przez przekątną i lotną zmianę nogi, którą Missin wykonał bez zarzutów. Kilka kolenych kół galopu, żeby przejść do ciągów w galopie. Ogier potknął się kilka razy jednak na sam koniec wykonał ciąg bardzo precyzyjnie i efektywnie. Poklepałem go więc po szyi i zwolniłem do kłusa. Zatrzymałem się na dłuższej ścianie areny i dałem mu znak do piaffu. Nie był to element z klasy w której startował, więc pozwoliłem mu na chwilę zastanowienia i niewielkie błędy. W końcu dopiero się tego uczył. Popełnił kilka błędów, jednak piaff nie wyszedł najgorzej, więc pogłaskałem go po szyi i rozkłusowałem, a potem rozstępowałem i zaprowadziłem z powrotem do stajni, gdzie rozebrałem go, oblałem wodą z myjki i wypuściłem na małe pastwisko.

25.4.15

018 Trening ujeżdżeniowy

1 komentarz:
Koń: Missin Moves
Trener: Troye Mansell

Długa droga do Australii nikomu dobrze nie leży, więc za przedwczoraj przybyłego quartera mieliśmy zabrać się dopiero dzisiaj. Missin Moves został nam opisany jako spokojny, chętny do pracy i pojętny ogier toteż nie mieliśmy większego problemu z doborem dla niego trenera, bo nadawał się każdy, kto kojarzył co i jak w ujeżdżeniu. Z początku to Kellin miał się nim zająć, ale wymigał się pomocą córce w pracy domowej i to ja zostałem zmuszony do zajęcia się koniem. Musiałem jednak przyznać, że nie byłem tym jakoś specjalnie przejęty, bo praca zapowiadała się na całkiem przyjemną. Przez chwilę stałem przy jednym z małych pastwisk i obserwowałem pasącego się w cieniu ogiera. Postanowiłem zabrać go na halę z klimatyzacją, bo rumak zdecydowanie nie przepadał za Australijskimi temperaturami. Ściągnąłem go z pastwiska, jedynie na uwiązie, bo kantar gdzieś się zapodział, jak to u nas w stajni bywa i przyprowadziłem na korytarz do jednej z dużych stajni, gdzie już miałem jego sprzęt. Przypiąłem go za pętlę do krat boksu i szybko wyczyściłem z kurzu i piasku, nie zapominając o kopytach i osiodłałem. Ogier stał grzecznie, więc wszystko poszło gładko i już za chwilę byliśmy na hali. Wsiadłem, a raczej wdrapałem się z trudem na siodło i ruszyłem powolnym stępem na luźnej wodzy, powoli stopniowo go przyspieszając. W końcu kiedy stęp był wystarczająco "sprężynkujący" i szybki, zacząłem lekko zbierać ogiera, wchodząc na lekki kontakt. Koń zareagował na to dobrze, bo już po chwili jeszcze bardziej podstawił zad i opuścił głowę, lekko się zbierając. Zacząłem więc naprowadzać go na koła, wolty i drągi w stępie, żeby za chwilę przejść do ustępowań. Zacząłem w prawo, koń na początku nie do końca zrozumiał moje pomoce i po prostu zaczął schodzić na ścianę, jednak kiedy użyłem zewnętrznej wodzy mocniej niż poprzednio stanął i zaczął posłusznie wchodzić prostopadle na ścianę. Pogładziłem go po szyi i wykonałem ćwiczenie na drugą stronę, tym razem z idealnym skutkiem, za co ogier dostał chwilę powolnego stępa na luźnej wodzy w nagrodę. Po kilku minutach dałem delikatną łydkę do zakłusowania, Missin ruszył na początku powoli, jako że nie zbierałem wodzy, opuścił głowę nisko, jakby powracał do westernowych nawyków. Po kilku minutach niezbyt szybkiego kłusa na obie strony, zacząłem wymagać nieco szybszego tempa, wydłużając i skracając chód, tak że Moves musiał się już całkowicie skupić na treningu. Początkowo nie do końca chciał dać się podebrać, jednak po chwili ładnie wszedł na kontakt, wtedy też przeszedłem do kół i przejazdów przez cavaletti i zwykłe drągi. Koń szedł ładnie, rytmicznie, lekko odbijając się od ziemi. Był wygodny, więc łatwo przeszedłem do wysiadywanego kłusa, żeby zająć się woltami, zatrzymaniami i ruszeniami kłus-stój-kłus. Wjechałem kłusem na wyznaczony czworobok, kiedy uznałem że koń jest wystarczająco rozgrzany i rozciągnięty. Przyszedł czas na trawersy i ciągi. Quarter szybko załapał o co mi chodzi i wykonywał ćwiczenie z precyzją. Co prawda jego technika miała wiele do życzenia, ale po to są treningi, żeby rzeczy dopracowywać. Kolejne trawersy poszły mu znacznie lepiej, ładniej się wyginał i szedł lekko. Ciągi były już tylko formalnością, co prawda wykonywało się je w nieco szybszym kłusie, jednak nie sprawiły one ogierowi problemu. Zagalopowałem, najpierw na "dobrą" nogę i objechałem czworobok dwa razy na około, wykonując koła 20 m w obu końcach, po czym przez przekątną zmieniłem kierunek z lotną zmianą. Missin lekko się potknął, jednak wyczułem lekki moment zawieszenia, a on sam za chwilę dumnie podniósł głowę i pogalopował dalej. Powtórzyłem ćwiczenie jeszcze raz i przeszedłem do kłusa, żeby na linii środkowej zatrzymać się i zacząć piaffy. Ten element był jednym z najtrudniejszych i widać było, że koń nie miał go jeszcze dopracowanego, jednak wiedział o co chodzi i rozumiał polecenie. Poprawiłem go kilka razy mocniejszymi pomocami, jednak widziałem postęp więc na chwilę dałem mu spokój i po pogłaskaniu go, rozluźniłem wodzę i ruszyłem spokojnym stępem. Po kilku minutach wróciłem na linię środkową i zebrałem ogiera, a potem zacząłem cofać. Ładnie wykonał ćwiczenie, na końcu zatrzymując się dokładnie na moje polecenie, żeby za chwilę ruszyć galopem na zewnętrzną nogę. Widać było że kontrgalop ma wyćwiczony niemalże idealnie, więc nie męczyłem go długo, po jednym okrążeniu czworoboku, przeszedłem do kłusa na luźnej wodzy i opuściłem go, wjeżdżając znów na dużą arenę na hali, żeby tam rozkłusować i rozstępować ogiera. Na koniec Missin Moves został oblany wodą z myjki i odstawiony na najbardziej zacienione pastwisko, żeby mógł odpocząć po dobrym treningu.

004 Trening skokowy

Brak komentarzy:
Obudzony przez budzik Troye'a z którego on i tak nigdy nie korzystał, zwlokłem się z łóżka. Kiedyś Phil zawsze mnie budził. Ugh, to głupie że po 3 miesiącach nadal czuję się okropnie. I nie chodzi tu o Troye'a w moim pokoju, on jest świetny ale... Phil za oceanem. To boli, przecież był obok mnie w zasadzie od... zawsze. Zanim go poznałem byłem tak samo przygaszony jak teraz.
Ubrałem się w czarne bryczesy i bluzę z kapturem tego samego koloru (cóż za różnorodność i styl), a potem skierowałem się do łazienki. Nie chciało mi się prostować włosów i tak nikt ważny mnie dziś nie zobaczy, więc umyłem tylko twarz i zęby, zszedłem na dół, spojrzałem na rozpiskę i skierowałem się do biura, zając się papierkową robotą.
Wyszedłem do stajni, godzinę później, nie zapominając o założeniu kaloszków, prezentując wszystkim swoją hobbit hair. Skierowałem się do stajni ogierów, gdzie Connor pogwizdując zamiatał podłogę.
- Hejka - uśmiechnąłem się do niego, przez co wylazły mi te straszne dołeczki. Nauczyłem się, że nie warto pokazywać swoje samopoczucie, bo przelewam to na moich przyjaciół. A kiedy oni są smutni, jest ze mną jeszcze gorzej. - Resurrect może wyjść? - zapytałem, zanim ten się zdążył odezwać.
- Może, zjadł pół godziny temu. Tylko daj mu trochę siana przed osiodłaniem! - krzyknął za mną kiedy już zniknąłem w boksie Siwego. Pogładziłem go po pysku, a potem obejrzałem obtarcie, które pojawiło się u niego już jakiś czas temu i teraz było zarośnięte, jednak nadal bałem się, że znów się otworzy. Na szczęście było w dobrym stanie więc wyszedłem z boksu i skierowałem się po sprzęt. Skrzynka ze szczotkami, siodło, czaprak, misiek, ochraniacze, ogłowie i wytok. Nie wiem w jaki sposób udało mi się zabrać to wszystko na raz, ale o mało się nie zabiłem przy boksie Happinessa i potem powtórzyłem to przy Crooked Younga i kiedy starałem się nie zabić w dalszej drodze do mojego konia, usłyszałem pisk Elvii i... Effie? Otworzyłem szeroko oczy, rzuciłem wszystko na korytarz, przeskoczyłem to i wybiegłem ze stajni, patrząc w stronę naszej bramy. Wszyscy z Cheltenham byli u nas. Effie, William, Kyle, nawet amatorzy. Tylko gdzie jest Phil? Zmarszczyłem brwi gotowy wrócić ze zrezygnowaniem do stajni i już nawet miałem to zrobić, ale jednak, gdzieś między nowymi twarzami amatorów błysła ta czarna czupryna i po chwili wyłonił się zza przyczepy, prowadząc Moon Childa. Uśmiechnąłem się i pomachałem mu kiedy ten na mnie spojrzał. Nie odmachał mi. Szarpał się z ogierem, któremu wyraźnie nie podobał się kolec. Jednak wiedziałem że to zauważył. Wróciłem więc do stajni, rozpromieniony i zająłem się przygotowaniem Resurrecta do treningu.
Wyczyściłem siwka w boksie, a potem dałem mu trochę siana i osiodłałem go. Teraz nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Wiedziałem, że zostaną u nas pewnie do końca tygodnia. Cały tydzień z Philem, będę szczęśliwy kolejne pół roku. Chwilę po tym jak zapiąłem skośnik na pysku Resurrecta do jego boksu podszedł Connor.
- Przemknij się szybko na zewnętrzną ujeżdżalnie, bo zrobiło się zamieszanie - powiedział i nie czekając na moją odpowiedź wyszedł ze stajni, zapewne przygotować drągi na trening. Wyprowadziłem ogiera ze stajni i od razu skierowałem się z nim w stronę ujeżdżalni, po drodze widząc jak tym razem wszyscy starają się złapać Bohatera. Zaśmiałem się cicho. Resurrect teoretycznie też powinien być narwany. A jednak w porównaniu do tamtych koni jest zupełnym trupem.
Poklepałem siwka po szyi i wdrapałem się pokracznie na moje skokowe siodło, a potem ruszyłem żwawym stępem po pierwszym śladzie ujeżdżalni, patrząc na Elvię i Effie, którym właśnie udało się złapać Bohatera i Phila, który wyprowadzał Czarną Herbatkę z przyczepy. Klacz poderwała głowę do góry, jakby bardzo zainteresowana nowym otoczeniem, przez co niemalże podniosła chłopaka na uwiązie. Bycie niskim musi być straszne. William właśnie "bił się" z Wojownikiem, który był wyraźnie nie zadowolony z faktu, że musi wchodzić do jakiejś stajni, przecież na dworze jest tak przyjemnie! Wróciłem wzrokiem do Philipa, który teraz mi ładnie pomachał i wyszczerzył się wyraźnie szczęśliwy z powrotu do starych śmieci. Chciałem mu odmachać, ale Resurrect mnie pociągnął i wylądowałem na jego szyi.
- Daniel, skup się! - krzyknął do mnie Connor ustawiający właśnie prosty szereg gimnastyczny. - Możesz już kłusować.
Dzisiaj to on zajął się moim treningiem ze względu na gości. Elvia nie była w stanie mi go poprowadzić, więc zrzuciła to na biednego Hollingswortha, który wyraźnie nie był z tego zadowolony.
Od razu ruszyłem żwawym, aczkolwiek rytmicznym kłusem anglezowanym, zbierając powoli ogiera. W co drugim narożniku robiłem woltę, a potem zmieniałem kierunek i to samo. Powtórzyłem to ćwiczenie dwa razy i zabrałem się za serpentyny po dwie na prawo i dwie na lewo. Następnie zwolniłem do stępa i zrobiłem ustępowanie od łydki na obie strony. Po tym ćwiczeniu uznałem, że koń jest wystarczająco rozgrzany. Connor nie mówił nic, od samego początku treningu, więc zagalopowałem na lewo i wtedy...
- Hej Dan! - odwróciłem się w stronę tak dobrze znanego mi głosu i zobaczyłem Phila wmoim swetrze, siedzącego na ogrodzeniu ujeżdżalni z wielkim uśmiechem na twarzy. Zawróciłem gwałtownie, przez co Resurrect prawie się wypieprzył, ale to nie było teraz ważne. Zatrzymałem go tak, że Phil mógł spokojnie przerzucić przez niego nogi i wychyliłem się, żeby przytulić przyjaciela, niemalże spadając i ciągnąc go przy tym za sobą. Ale on mimo mojego idiotycznego zachowania się śmiał. Widziałem że był teraz szczęśliwy.
- Daniel! - krzyk Connora przerwał nam tak radosną chwilę. - Szereg, za 3 sekundy.
Phil tylko popchnął mnie z powrotem na konia, a ja ruszyłem kłusem na przeszkodę. 3 drągi, za którymi znajdował się niski krzyżak przejechałem bez problemu z obu stron. Connor podwyższył krzyżak i dostawił stacjonatę. Tym razem Resurrect musiał skupić się odrobinę bardziej. Drągi przeszedł idealnie, pierwszy skok również, jednak wyłamał przy stacjonacie, chociaż była zdecydowanie poniżej jego normalnych przeszkód, i przeciągnął mnie galopem spory kawałek ujeżdżalni, wyrywając mi przy tym wodze, a potem bryknął kilka razy, niezmiernie zadowolony ze swojego czynu.
- Skupienie, Dan! Zabrakło skupienia. Za mało łydki, jeszcze raz - krzyknął do mnie Hollinghsworth, kiedy użerałem się z ponownym pozbieraniem folbluta. Najechałem na szereg ponownie. Tym razem Resurrect całkiem mnie olał i obie przeszkody "wziął na klatę", a na koniec odskoczył o niemalże kąt prosty, wyrzucił tylne nogi i zadębował, skutecznie pozbywając się mnie z siodła. Siedziałem na piasku, słuchając słodkiego śmiechu Phila, który mieszał się niestety z oddalonymi śmiechami Effie, Kyle'a i kogoś mi całkiem nieznanego, zapewne nowej amatorki.
- Oh, nie mogę się doczekać, aż dostanę od ciebie swoją flaszkę - powiedział Connor z szerokim uśmiechem na ustach, kiedy pomagał mi wstać. Teraz najwyraźniej perspektywa dalszego treningu ze mną nie przeszkadzała mu tak bardzo. - Żadnych strat?
- Nie licząc szacunku w oczach nowych amatorów? Nie, żadnych! - zażartowałem i zabrałem wodze od trenera, żeby chwilę później znaleźć się na koniu. Mężczyzna ustawił dodatkowe drągi uniemożliwiające ucieczkę Resurrectowi. Ruszyłem ponownie kłusem na szereg. Tym razem ogier jedynie poszarpał wodzami, ale pokonał go. W drugą stronę poszło mu lepiej. W końcu się uspokoił. Connor podwyższył szereg. Ogier tym razem włożył całe swoje zaangażowanie w pokonanie ćwiczenia, skoki wykonał dobrze technicznie. Poklepałem go po szyi i zrobiłem koło w galopie, kiedy Hollinghsworth dostawiał okser na końcu szeregu. Zwolniłem do kłusa i najechałem. Drągi i koperta - idealnie, foule galopu, bardzo dobry skok przez stacjonatę, kolejna foule i jeszcze lepszy przez okser.W drugą stronę wyłamaliśmy na okserze, więc powtórzyliśmy ćwiczenie.
- Koniec! - krzyknął wyraźnie szczęśliwy Connor. - Rozkłusuj i do stajni.
Przekłusowałem jeszcze po dwa okrążenia w każdą stronę i rozstępowałem ogiera, a potem zaprowadziłem go do stajni w towarzystwie Phila.

002 Trening skokowy

Brak komentarzy:
Byłem już zmęczony. Chciałem położyć się do ciepłego łóżeczka, potem obudzić się po tym jak Phil na nie wskoczy, zrzucić go i kazać wrócić do siebie, ostatecznie kończąc na podłodze, obok mebla, na którym będzie spał mój przyjaciel, ewentualnie na jego legowisku. Zazdrościł mi, bo moje łóżko było miększe i porankami słońce nie świeciło prosto w oczy, komuś kto na nim spał i wbrew temu, że to moje rzeczy leżały na szafce obok niego, nie byłem to ja. Po prostu potrzebowałem naszego typowego wieczora, kiedy już zamkniemy się we wspólnym pokoju. Na początku może i było to irytujące, niby największy pokój, ale dzielony na dwa i tak dalej. Poza tym Philip jest lokatorem typu "albo mnie pokochasz, albo znienawidzisz". Teraz jednak stało się to naturalne i podłoga nawet zaczynała być wygodna. Położyłem tam sobie puchaty dywan.
Leżałem na kanapie w salonie, z głową na kolanach Melanie - która za to siedziała na kolanach Iana - i nogami na Jovenie, przygnieciony przez Phila i Elvię - uroki posiadania małej kanapy na 7 osób. Danielle starała się zrobić nam wszystkim budyń, a Anthony... jak zwykle zniknął. W takich momentach zawsze uświadamiam sobie jak bardzo kocham stajenne życie. Wszyscy jesteśmy w bryczesach, zalatuje od nas koniem, potem i kurzem, ale żadne z nas nie przebierze się przed kolacją. Ba... nawet nie umyjemy rąk. W dodatku w kupie raźniej, śmierdzimy sobie w wielkiej, pokręconej kanapce. Już powoli zaczynałem przysypiać, nawet oddech Phila na mojej szyi mi nie przeszkadzał, a normalnie bym za to zabił. Ale jeszcze nie było mi dane odpocząć tego dnia.
- Daniel - usłyszałem głos Anthony'ego, który stał za kanapą. Wiedziałem, co ode mnie chce. Wiedziałem, że muszę się podnieść i z nim iść. Przez to kilka miesięcy utworzyła się u nas pewna hierarchia, trochę jak w stadzie. I nie było to na zasadzie wymuszanej. Osoby które "rządziły" wysunęły się na przód naturalnie, na zasadzie ich doświadczenia i czasu jaki poświęcili koniom. Patterson spędził najwięcej czasu z tymi majestatycznymi zwierzętami, najdłużej jeździł i najdłużej miał złotą odznakę i papiery trenera. Dlatego wszyscy respektowaliśmy jego decyzję. I właśnie przez to musiałem zrzucić z siebie śpiącego już Phila i grzebiącą w swoim pokiereszowanym, starym iphonie Elvię, wstać, włożyć sztyblety i sztylpy i pójść do stajni. Na dworze było już całkiem ciemno. Jedynie kilka lamp jakie stały przy uczęszczanych przez nas ścieżkach oświetlało mi drogę. Wszedłem do stajni i od razu zobaczyłem Resurrecta stojącego w korytarzu, przywiązanego na dwóch uwiązach do przeciwnych stron stajni. Ogier zarżał mi na powitanie, a ja uśmiechnąłem się pod nosem. Elvia znalazła mi naprawdę świetnego konia, z którym na pewno wiele osiągnę. Szkoda tylko, że przypisany mu trener - Anthony - wymyślał treningi o takiej porze. Sprzęt ogiera leżał na stojaku. Skokowe siodło z zielonym czaprakiem pod spodem, czarne meksykańskie ogłowie, zielone nauszniki i ochraniacze. Pod spodem stała skrzynka z kompletem zielonych szczotek. Elvia jest przewrażliwiona na punkcie dopasowania sprzętu każdego z naszych koni.
Zabrałem się za czyszczenie rumaka. W zasadzie nie był jakiś bardzo brudny. Gdzieniegdzie miał zaklejki, które rozczyszciłem plastikowym zgrzebłem, a resztę przeczesałem tylko miękką szczotką. Grzywę miał już zaplecioną w bardzo staranne koreczki (Joven się przy nich nieźle postarał), więc tylko rozczesałem mu ogon palcami i zaraz położyłem na nim jego czaprak i żel, a chwilę później był już starannie osiodłany. Anthony był perfekcjonistą, i wiedziałem, że jeśli zauważy chociażby krzywo zapiętą rzepę w ochraniaczu, wróci mnie do stajni. Jest z tych surowych trenerów, którzy nie ważne jak bardzo cię lubią poza treningiem, na nim są profesjonalni, jakby na spotkaniu biznesowym. Lubiłem mieć z nim treningi właśnie z tego powodu.
Wyprowadziłem Resurrecta ze stajni po tym jak włożyłem swoje rękawiczki i zabrałem mój ulubiony, skórzany palcat i kask z siodlarni. Podciągnąłem czarne bryczesy, bo zaczęły zsuwać mi się z tyłka, rozglądając się. Światło na hali było zapalone, to znaczy, że Anthony tam na nas czekał. Ruszyłem z koniem w tamtą stronę i nieśmiało wszedłem przez otwarte drzwi. Patterson ustawiał właśnie przeszkody na rozgrzewkowe ćwiczenia. Cavaletti, szereg dwóch kopert z drągami do skoku z kłusa, dwie samotne stacjonaty ze wskazówkami i podwyższone jednostronnie drągi. Podszedłem po cichu do schodków, podciągnąłem popręg, opuściłem strzemiona i za chwilę siedziałem na koniu, w nadziei że trener nie wykryje żadnego błędu w oporządzeniu konia. Ruszyłem powolnym stępem dookoła przeszkód, wydłużając sobie strzemiona i za chwilę poczułem na sobie przenikliwy wzrok ciemnowłosego. Automatycznie poprawiłem pozycję, łapiąc obie wodze w dłonie i dodając odrobinę łydki, aby nasz stęp był bardziej energiczny. Mężczyzna odwrócił się z powrotem do przeszkód i potraktowałem to jako sygnał, że robię dobrze. Po około piętnastu minutach, Anthony odezwał się pierwszy raz od początku treningu.
- Podejdź - wykonałem polecenie, zatrzymując się tuż obok Pattersona. Wiedziałem, co będzie robił, więc od razu odsunąłem nogę przed poduszkę kolanową siodła i podniosłem tybinkę. Ciemnowłosy był przewrażliwiony na punkcie dobrze dopiętego popręgu, zawsze sprawdzał czy nie uciska konia za mocno na mostku. - Ruszaj kłusem, co drugi narożnik koło, dwa razy dookoła, zmiana kierunku, to samo - poinstruował mnie, patrząc na mnie i chociaż nie byłem pewien, czy zapamiętam to wszystko. kiwnąłem głową, a potem ruszyłem anglezowanym, zebranym kłusem na lewo. Resurrected Sun szedł bardzo grzecznie, prawidłowo reagując na łydki, przeżuwając wędzidło. Zrobiłem koła w co drugim narożniku tak jak nakazał mi Anthony i po drugiej rundzie zmieniłem kierunek i powtórzyłem ćwiczenie. Chwilę po wykonaniu go usłyszałem głos mężczyzny.
- Zatrzymanie, zwrot na zadzie, ruszasz, koło w narożniku i to samo - przeszedłem od razu z kłusa do stój. Nie słysząc żadnych poprawek ze strony trenera byłem niemalże w niebie. Byłem zmęczony i niemalże pewien, że coś skiepszczę na tym treningu, a Patterson był z tych trenerów, którzy chwalą raz na ruski rok, więc u niego sam brak jakichkolwiek uwag, był swego rodzaju pochwałą. Wykonałem zwrot i ruszyłem kłusem, robiąc koło, a potem powtórzyłem ćwiczenie.
- Na podwyższone jednostronnie drągi, nad nimi półsiad, po dwa razy z każdej strony - powiedział do mnie, a potem odwrócił się na moment, żeby poprawić przeszkodę i zaraz czekał, żeby dokładnie obserwować każdy mój ruch, podczas przejazdu przez przeszkody. Najechałem na nie żwawym, aczkolwiek spokojnym kłusem, dając tuż przed nimi odpowiednio mocną łydkę. Koń przeszedł bezbłędnie przez szereg sześciu drągów. Zmieniłem kierunek, przejechałem przez drągi, powtórzyłem to i zwolniłem do stępa, widząc skinienie głowy Anthony'ego. Rozluźniłem wodze konia, tak żeby mógł opuścić głowę i odpocząć przed poważniejszymi przeszkodami. Po kilku minutach usłyszałem głęboki głos ciemnowłosego.
- Najedź na szereg z kopertami kłusem, między nimi jedna foule, za nimi galop i koło na prawo. Potem to samo drugi raz, z kołem na lewo.
Pokiwałem głową i zebrałem konia i dałem mu znak do przyspieszenia. Przed drągami Resurrect wyrwał się do galopu, ale zwolniłem go po jednej foule i najazd wykonałem dobry. Pierwszy skok, krok galopu, drugi skok i niemalże idealne koło w galopie. Zwolniłem do kłusa i spojrzałem na trenera czekając na jego uwagi.
- Dałeś za dużo łydki przed drągami, dlatego zagalopował. Pilnuj ręki między przeszkodami, była zbyt niespokojna.
Ruszyłem na drągi, żeby ponownie wykonać ćwiczenie i poprawić swoje poprzednie błędy. W tym treningu chodziło raczej o rozruszanie konia, mimo wszystko starałem się jak mogłem wszystko robić z niezwykłą dokładnością. Po drugim przejeździe nie usłyszałem żadnych uwag. Oznaczało to, że nie popełniłem żadnego błędu.
- Cavaletti, za nimi zagalopowanie na lewo, stacjonata, do kłusa, cavaletti, zagalopowanie na prawo, druga stacjonata.
Wykonałem polecenia trenera. Ogier zaczynał się już bardziej angażować w jazdę, przez co jechał z większym impulsem. Wiedział, że zaraz dostanie porządniejsze ćwiczenia. Nie słysząc nic od Anthony'ego uznałem, że wszystko zrobiłem dobrze i zwolniłem konia do stępa, kiedy ten zaczął ustawiać dla nas kolejne przeszkody. Był to szereg, rozpoczynający się od 90 centymetrowej stacjonaty z trzema drągami, później okser ok 100 cm, stacjonata 110 cm i okser 100cm. Wiedziałem, że to już nasze ostatnie ćwiczenie na dzisiaj, poza 105cm murem, który zawsze skakaliśmy na koniec.
- Z kłusa, między każdą przeszkodą po jednej foule, dwa razy.
Najechałem na szereg, delikatnie dodając w kłusie. Kopertę pokonaliśmy znakomicie, oksery i stacjonatę również. Między przeszkodami pamiętałem o spokojnej pracy ręki i ucieszyłem się, słysząc jedynie ciszę. Uśmiechnięty najechałem drugi raz na szereg. Resurrect pokonał go równie bezproblemowo.
- Mur z galopu, rozkłusuj na luźnej wodzy i do stępa.
Zadowolony, że już niedługo będę w łóżku ruszyłem spokojnym galopem na lewo. Najechaliśmy dobrze, jednak ogier źle wymierzył odległości i strącił górną część przeszkody.
- Powtórz - powiedział Patterson, poprawiając przeszkodę.
Za drugim razem wszystko poszło idealnie. Kłusowałem jeszcze pięć minut, a potem stępowałem spokojnie kolejne 10.
- Dobrze wam dziś poszło - powiedział Anthony, kiedy wracaliśmy do stajni, a ja jedynie się do niego uśmiechnąłem. Rozsiodłałem konia w boksie, sprawdziłem mu kopyta, grzbiet i nogi, a widząc że nie uległ żadnym kontuzjom podczas treningu, umyłem wędzidło, odłożyłem sprzęt na miejsce i zadowolony wróciłem do domu, od razu kierując się do łazienki. Kiedy z niej wyszedłem wszyscy byli już w swoich pokojach, więc podreptałem do siebie, żeby za chwilę położyć się na łóżku Phila, bo przecież on zajął moje i zasnąć.

005 Trening skokowy

Brak komentarzy:
Dan
- Jak tam w ojczyźnie? - zapytałem przyjaciela, kiedy ściągałem siodło z siwego konia.
- Zimno, pada, herbata jak zwykle niedobra, a herbatniki suche jak... na pewno nie jak ulice, one są mokre od ciągłego deszczu - powiedział i zabrał ode mnie siodło, żeby zanieść je do siodlarni.
Nie mogłem powstrzymać uśmiechu widząc małego, pokracznego Phila, próbującego z siodłem w rękach otworzyć drzwi do siodlarni. Na szczęście do stajni ogierów wchodził właśnie Troye, szkoda tylko że dał mu przez to drzwiami w twarz. Ale przynajmniej dostał się do pomieszczenia!
Zadowolony wyprowadziłem Resurrecta ze stajni i puściłem na pastwisko z innymi ogierami, a potem zabrałem Last Night on Earth od klaczek. Co prawda padało, ale nic nie było w stanie zniszczyć dziś mojego dobrego humoru. Wstawiłem klacz do boksu i poszedłem po jej sprzęt, a potem wcisnąłem Philowi miękką szczotkę.
- Po naszemu - powiedziałem prosto i chyba zrozumiał, że ma mi pomóc w tradycyjnym "wydrapaniu" konia z kurzu. Nie mówiliśmy nic. Nie wiem, czy dlatego że żadne z nas nie potrzebowało rozmowy, czy raczej przez to, że nie wiedzieliśmy od czego zacząć. W każdym razie cisza nie była z tych krępujących, kiedy to na siłę starasz się wymyślić jakiś temat. Spojrzałem na Phila. Wyglądał uroczo z mokrymi od deszczu włosami, w moim swetrze, cały zakurzony. Powoli przestawało padać i słońce zaczęło wdzierać się do stajni przez okno.
- Ustawisz mi szeregi treningowe? Takie... na wysokość klasy N w hali. Connor pokaże ci jak - powiedziałem cicho, czekając na jego odpowiedź. Spojrzał na mnie odrywając się od dokładnego czyszczenia sierści kasztanki i uśmiechnął się, kiwając głową, a potem podał mi szczotkę i wyszedł z boksu, kierując się w stronę wyjścia. Odprowadziłem go wzrokiem, a potem skierowałem się po sprzęt klaczki. Po chwili była już w swoim skokowym siodle, ogłowiu, napierśniku, ochraniaczach i białym czapraczku.
Wyprowadziłem ją ze stajni i wsiadłem a potem ruszyłem w stronę hali. Za mną pobiegły 3 psy, które znalazły się tam szybciej.
Elvia
Kiedy ochłonęłam już po spotkaniu z Cheltenham, a wszystkie wyścigowce stały w boksach i spokojnie żuły siano (może oprócz Dzieciaka, ten rzucał się po boksie, kopał w drzwiczki i za wszelką cenę próbował się z niego wydostać) zabrałam Effie ze sobą do boksu Let's Kill, sugerując jej, że ma za mnie tyrać przy czyszczeniu jej z błota, a sama poszłam po jej sprzęt. Kiedy wróciłam klaczka była już czysta. Otworzyłam szeroko usta w zdziwieniu.
- Wyścigi - Eff wzruszyła lekko ramionami i wzięła ode mnie ogłowie, żeby założyć je klaczce. Chwilę później byłyśmy już w drodze na halę.
Dan
Wjechałem do hali. Connor właśnie wychodził i pomachał mi na pożegnanie, a Phil usiadł na ziemi, przy przeszkodzie. Zrobiłem kilka kółek wokół przeszkód stępem, a kiedy zebrałem kasztankę i zacząłem kłusować, w hali pojawiły się Elvia na Let's Kill Tonight i Effie. Szatynka usiadła obok chłopaka na ziemi i zaczęła z nim o czymś cicho rozmawiać. Zbyt cicho, żebym cokolwiek usłyszał. Blondynka rozstępowała klaczkę, zrobiła kilka ustępowań i po chwili do mnie dołączyła. Ja zająłem się kołami i woltami, na wszystkie strony, a ona głównie wężykami i slalomem między pachołkami. Chwilę później przeszliśmy do pracy z drągami. Kilka przejazdów przez cavaletti z obu stron i konie były porządnie rozgrzane.
Elvia ruszyła kłusem na pierwszy, najniższy szereg składający się z trzech drągów, dosyć niskiej stacjonaty, miejsca na foule galopu i wyższej stacjonaty, mniej więcej na wysokość klasy P.
Elvia
Let's Kill jak na razie spisywała się doskonale. Ale to tylko cisza przed burza, byłam tego pewna. Ruszyłam na szereg. Klacz spokojnie przeszła drągi, przeskoczyła pierwszą stacjonatę, a drugą po prostu staranowała, po czym bryknęła kilka razy i ruszyła galopem wzdłuż długiej ściany ujeżdżalni. Wprowadziłam ją na koło, kiedy nie zatrzymała się od dosiadu, ani od już brutalniejszego szarpnięcia za wodze. Zmniejszałam je stopniowo i proporcjonalnie do tego jak siwka zwalniała, śmiech innych się natężał. No tak, nie ma to jak się śmiać z małej, biednej Elvii! Klacz zatrzymała się w końcu i parsknęła wyraźnie niezadowolona z tego faktu.
- Jak jesteście tacy mądrzy, to sami spróbujcie! - krzyknęłam do dwójki dżokei, którzy od razu się uspokoili, jako że o skokach pojęcie mieli takie jak ja o gotowaniu - żadne. - Teraz ty, Dan.
Dan
Poczekałem aż Phil poprawi przeszkodę i ruszyłam na szereg. Lastie nagle zaczęła być bardzo spięta. Nie było mowy o rozluźnieniu. Klacz szła jak po rozżarzonych węgielkach, stawiała drobne, twarde kroki, łeb zadarła da góry, zupełnie nie reagując na moje starania zadziałania czegoś wodzą. Zrobiłem woltę przed drągami starając się ją jakkolwiek rozluźnić. Niewiele to jednak dało, ale najechałem na szereg w nadziei, że podczas skoków chociaż trochę się rozluźni. Pierwszy skok był paskudny, drugi podobnie, bo klacz nawet nie próbowała baskilować. Łeb ciągle zadzierała do góry.
- Żucie z ręki, Dan. Ustawcie mu niższy szereg, po tym jak skoczę - usłyszałem głos Elvii i od razu zabrałem się do ćwiczenia.
Elvia
Ruszyłam kłusem na szereg. Tym razem dawałam klaczy zdecydowanie silniejsze pomoce niż poprzednio. Drągi oraz obie przeszkody tym razem pokonałyśmy bez większych niepowodzeń. Ruszyłam od razu na kolejny, wyższy szereg w między czasie zwalniając do kłusa. Ten składał się z 3 drągów dwóch stacjonat i jednego oksera. Przeszkody osiągały wysokość klasy C - z wyjątkiem pierwszej stacjonaty. Ta była niska, tak aby koń był w stanie przeskoczyć ją z kłusa. Let's Kill dragi przeszła z wielką gracją. Pierwszy i drugi skok wykonała idealnie. Przy trzecim trochę się zawachała, jednak dzięki palcatowi, którym wzmocniłam moją łydkę, ją także skoczyła. Po przeszkodzie strzeliła kilka baranków, jednak szybko ją uspokoiłam.
Dan
Kilka razy zrobiłem rzucie z ręki i jeździłem teraz na odrobinę luźniejszej wodzy, starając się dobrze i lekko zaganaszować klaczkę. Phil opuścił mi oba szeregi o kilka centymetrów w dół. Najechałem na pierwszy z nich. Poszło idealnie. Klacz pięknie przeskoczyła obie przeszkody. Zwolniłem do kłusa i najechałem na kolejny, gdzie również miło się zaskoczyłem. Co prawda zrzuciliśmy belkę w okserze, jednak mimo wszystko poszło o wiele lepiej od poprzedniego przejazdu. Teraz Phil ustawił mi 4 przeszkody, takie jak Last Night on Earth skacze na zawodach. Stacjonatę, okser, triplebar i szereg złożony ze stacjonaty i oksera. Ruszyłem. Wolta w galopie, najazd, piękny skok, klacz machnęła głową i ruszyła dalej, mocno wybijając się przy okserze. Pokonała go dzielnie i z wielką gracją skierowała się w stronę triplebaru. Nie musiałem jej wiele pomagać. Jedynie dobrze wyprowadzałem ją na przeszkody, resztę robiła za mnie. Ostatni szereg pokonała najlepiej ze wszystkich dotychczasowych. Poklepałem ją po szyi i dołączyłem do Elvii, która już rozkłusowywała swoją siwkę.

<<Powrót do treningów konia: Let's Kill Tonight

013 Parkour próbny

Brak komentarzy:
Koń: Cephee
Trener: Danielle McClure

Usłyszałam dźwięk budzika i otworzyłam lekko jedno oko. Miałam sen, w którym Troye wyłysiał i to chyba był pierwszy raz, kiedy cieszyłam się, że się budzę. Wyłączyłam wkurzający dźwięk, przetarłam oczy i podniosłam się z łóżka. Spojrzałam na zegarek. Noc jeszcze młoda, 7:30. Musiałyśmy z Elvią się dziś wyrobić z treningem Cephee przed karmieniem, bo odkąd ten kretyn Mansell się połamał, nie nadążaliśmy z jazdami. Wzięłam z szafy czarną koszulkę, gruby biały sweterek na guziki, bieliznę i niebieskie bryczesy w kratkę i skierowałam się do łazienki, gdzie przebrałam się i przygotowałam do wyjścia. Po wyjściu z pomieszczenia, skierowałam się do pokoju Elvii. Kiedy weszłam do środka zobaczyłam ją z laptopem na brzuchu, a obok śpiącego Connora, śliniącego jej ramię. Dziewczyna wyglądała na bardzo zaabsorbowaną tym co widziała na ekranie.
- Cśśśś - powiedziała, zanim zdążyłam się odezwać. - Oglądam Death Note.
"Pewnie jakiś nowy serial" - pomyślałam.
- Za 15 minut mamy trening z Cephee - mruknęłam, przypominając jej o obowiązkach.
- Co? - wymamrotała, klikając spację. - Już siódma?
Pokiwałam głową.
- Nie spałam całą noc... Ale obejrzałam 15 odcinków! - po tych słowach uśmiechnęła się promiennie, zamknęła laptopa i odstawiła go na szafkę, a po niezbyt delikatnym zrzuceniu z siebie Connora, wstała. Miała worki pod wyraźnie zaspanymi oczami, ale wyglądała na szczęśliwą.
Przewróciłam teatralnie oczami.
- Musisz więcej spać... - stwierdziłam i wyszłam z pokoju, zostawiając ją samą.
Na dole wzięłam tylko dwa jabłka z kuchni, jedno dla mnie, drugie dla siwej klaczki. Przebiegłam z domu do stajni bez kurtki na trzydziestostopniowym mrozie i zamknęłam za sobą szybko drzwi do siodlarni. W środku było cieplutko przez centralne ogrzewanie, jednak szybko napaliłam w kominku, wzięłam sprzęt Cephee i ruszyłam do stajni.
Siwka wyglądała już boksu ciekawsko strzygąc w moją stronę uszami. Wyciągnęłam w jej stronę jabłko, a kiedy je wzięła rzuciłam sprzęt i skrzynkę ze szczotkami przy boksie, po czym otworzyłam drzwiczki. Szybko wyczesałam szarą sierść klaczki i osiodłałam ją. Wyglądała cudnie w różowej podkładce pod siodło.
Przeprowadziłam ją szybko ze stajni na halę, po drodze obie zmarzłyśmy, ale w końcu byłyśmy w ogrzewanym pomieszczeniu. Włożyłam kask - po upadku Troye'a wszyscy się pilnowaliśmy - rękawiczki i wsiadłam. Po kilku minutach stępa na halę weszła opatulona kurtką Elvia, z butelką Red Bulla. Usiadła na swoim trenerskim krzesełku, wyraźnie niezainteresowana ustawianiem przeszkód.
- Wyginaj ją już - powiedziała do mnie, pociagnęła nosem i upiła kilka łyków napoju. Zaczęłam od kół, potem przeszłam do wolt, a na koniec zrobiłam ustępowania, w końcu blondynka dała mi znak do kłusa. Cephee ruszyła najpierw bardzo szybko, powoli zwalniając do odpowiedniego tempa. Na początku kłusowałam na luźnej wodzy, jednak powoli zaczęłam zbierać klaczkę. Ta nie miała nic przeciwko. Lekko zaganaszowała, podstawiła zad, a jej kłus stał się sprężysty i żwawy. Machała na boki głową tak jak to miała w zwyczaju, prychając raz na jakiś czas.
Po dwóch kołach zmieniłam kierunek, a po dwóch kolejnych zaczęłam robić koła, później wolty. Wyciągałam i skracałam kłusa, a klacz grzecznie stosowała się do poleceń. Miała jedynie mały problem z zatrzymaniem z kłusa. Elvia ustawiała nam przeszkody. Dziś miałyśmy skakać parkour próbny.
- Galopuj już - powiedziała, kiedy akurat Cephee poprawnie zatrzymała się z kłusa. Ruszyłam galopem ze stępa, jednak moje pomoce były zbyt niewyraźne i klacz ruszyła na złą nogę. Zrobiłyśmy jednak lotną i galopowałyśmy dalej, spokojnym i rytmicznym galopem. Zrobiłam dwa duże koła i zmieniłam stronę, powtarzając ćwiczenia.
- Skacz najpierw kopertę z kłusa, potem galopem po łuku na okser, raz na jeden, raz na drugi, a potem skocz tamtą stacjonatę z galopu ze dwa razy i tamten murek i ustawię ci parkour - powiedziała Elvia, a ja pokiwałam głową.
Postępowałam przez chwilę na luźnej wodzy, a potem zebrałam siwkę i ruszyłam kłusem. Przyspieszyła mocno przed przeszkodą, ale zawsze tak robiła, więc pozwoliłam jej na to. Koperta była niska, oksery z resztą też, były na rozskakanie się. Klacz bez problemu pokonała przeszkody. Najechałam więc galopem na stacjonatę. Tą też skoczyła dobrze, jednak lekko zgubiła technikę. Za drugim razem poszło bez problemu. Murek był już wyższy, mniej więcej wysokości klasy N. Cephee skoczyła go ładnie, jednak po przeszkodzie się potknęła. Powtórzyłyśmy więc skok i zwolniłyśmy do stępa, żeby odpocząć przed skakaniem parkouru.
Elvia ustawiła 12 przeszkód. Pierwsza była stacjonata, kolejny był potrójny szereg okser-stacjonata-okser, później stacjonata, okser, przeszkoda z folią udającą rów z wodą, stajnonata, okser, stacjonata, okser, podwójny szereg ze stacjonat, triplebar i okser. Wszytskie przeszkody miały wysokość od 150-165 cm. Ruszyłam spokojnym galopem na pierwszą stacjonatę. Cephee rozpędziła się przed nią i wybiła w idealnym miejscu pokonując ją bez największego problemu. W tym momencie Elvia włączyła stoper. Popędziłam klaczkę na kolejną przeszkodę. Szereg poszedł dobrze, jednak na ostatniej przeszkodzie zaliczyłyśmy zrzutkę. Na kolejnej stacjonacie poszło nam znakomicie. Cephee trzymała dobre tempo, kolejne przeszkody pokonując z dziecinną łatwością i lekkością. Na "rowie" lekko się zawachała, jednak przeskoczyła go dzięki mojej szybkiej reakcji. Do końca parkouru nie zrzuciła już ani razu.
- Prawie 4 i pół minuty - powiedziała Elvia, kiedy rozkłusowywałam klacz. - Poprawiła czas - uśmiechnęła się do mnie, a ja przeszłam do stępa. - Idę karmić konie z Danem, rozstępuj ją i przyprowadź do stajni w derce, bo się spociła.
Pokiwałam głową. Po 15 minutach zsiadłam z klaczy, założyłam na nią derkę i szybko przeprowadziłam ją do stajni, gdzie rozebrałam ją szybko ze sprzętu i wprowadziłam do boksu. Cephee zabrała się za jedzenie, a ja pognałam do domu zjeść śniadanie.

<<Powrót do treningów konia: Cephee

017 Próbny przejazd toru crossowego

Brak komentarzy:
Konie: Resurrected Sun, Kick Me
Trenerzy: Daniel Hussian, Philip Lloyd

Wstaliśmy wcześnie rano, z zamiarem przejechania próbnych torów crossowych z naszymi ogierami. Kick Me i Resurrected Sun mieli boksy tuż obok siebie, więc rozmawialiśmy przez kraty szykując konie do treningu.
- Ostatnio jestem ciągle zmęczony - jęknął Phil. Zerknąłem na niego, rozczesując siwą grzywę konia. Martwił mnie jego stan, chłopak ciągle narzekał na zmęczenie i zawroty głowy, jednak za nic w świecie nie chciał zrezygnować z treningów, chociaż cała stajnia go do tego namawiała. Westchnąłem tylko, wiedząc że kolejny wykład nie podziała.
- Może rzeczywiście nie powinieneś jechać tego treningu... - mruknąłem cicho.
- Dan... - powiedział odwracając się w moją stronę, tak że mógł na mnie porządnie spojrzeć. - Wiesz że to dla mnie ważne...
- Nie bierz mnie na litość, to twój ostatni trening - zdecydowałem, a chłopak tylko się obruszył i odwrócił z powrotem w stronę gniadosza. Po kilku minutach konie były czyste, w swoich wszechstronnych siodłach, napierśnikach i ochraniaczach. Podsadziłem Phila na wysokiego ogiera i sam wskoczyłem na Resurrecta, a potem wyjechaliśmy ze stajni, w ciszy kierując się w stronę areny zewnętrznej z przeszkodami.
Po 10 minutach stępa zabrałem się za ustępowanie. Resurrect najwyraźniej dzisiaj nie miał ochoty na żadne wybryki, bo ładnie się złożył i krzyżował zarówno przody jak i tyły, przy niemalże niewyczuwalnych pomocach. Zrobiłem po 2 ustępowania na obie strony i ruszyłem kłusem. Folblut szedł w zupełnym rozluźnieniu, na razie na luźnej wodzy. Po 4 kółka na obie strony i zabrałem się za koła, później za wolty, serpentyny i drągi, ciągle na luźnej wodzy. W końcu, po porządnej rozgrzewce zebrałem ogiera i ruszyłem kłusem na małą kopertę. Słoneczko skoczył ją z palcem w nosie. Za nią zagalopowałem i ruszyłem na równie niską stacjonatę. Potem dwa koła, dookoła areny w galopie, zmiana kierunku z lotną i to samo w drugą. Siwek szedł szybko rytmicznie, ładnie podstawiając zad i lekko ganaszując. Naprowadziłem go na stacjonatę wysokości klasy N. Skoczył ją ładnie, z dobrą techniką, niemalże lekko, co było do niego raczej niepodobne. Najechaliśmy jeszcze na okser, przed którym trochę poplątałem sygnały i przez to Resurrect za późno się wybił, jednak przez wysokie podciągnięcie nóg nie zaliczyliśmy zrzutki. Przeszliśmy do kłusa, a potem do stępa, gotowi przenieść się na tor crossowy.

Phil
Kick Me był dzisiaj nabuzowany, dlatego przez większość czasu po prostu uspokajałem go i rozluźniałem. W końcu po niezliczonych minutach stępo-kłusa na kole, rozluźnił się wystarczająco, żeby porobić jakieś wolty, serpentyny i poprzejeżdżać drążki. Mimo ogólnego rozkojarzenia nas obojga, pracowało nam się dobrze. Ogier się starał, a ja mu w tym nie przeszkadzałem, ładnie się wyginał, skracał i wydłużał, lekko się ganaszując i cudownie podstawiając zad. W końcu przeszliśmy do rozskakania się nad niskimi przeszkodami. Kick Me niemalże przeszedł kopertę, chociaż na stacjonacie postarał się już o wiele bardziej. Pogalopowaliśmy trochę na kołach, ćwicząc impuls. Późniejsze, wyższe przeszkody skoczył już ze swoim typowym zaangażowaniem i niezłą techniką. Powtórzyłem jednak skok na wysokiej stacjonacie, bo ogier zawahał się podczas najazdu.
Przenieśliśmy się na tor crossowy, co zajęło nam jakieś pięć minut. Nasz tor składał się z dwóch części: 1 z przeszkodami na poziomie ** i *** gwiazdek i druga - 2 kilometrowa pusta przestrzeń otaczająca całe Oak Island, do ćwiczenia szybkości i wytrzymałości. Dzisiaj wybraliśmy przejazd 13 przeszkód po kolei: szerokiego oksera z 2 kłód, bankietu w dół, do wody, kłoda w wodzie, bankiet w górę i stół, za nim w odległości ok 200m coffin z żywopotów, sunken road (skłądające się z kłody, dwóch bankietów i oksera), hydra, szwed i na koniec zwykła kłoda.
Ustaliliśmy że ruszam pierwszy, a Dan za mną, po około 1,5 minuty. Ruszyłem galopem ze stój, Kick Me ruszył nadając sobie szybkie tempo, wyraźnie podekscytowany treningiem. Zbliżaliśmy się już do oksera. Ogier skoczył go bez większych problemów, może z powodu że była to jedna z najłatwiejszych przeszkód na naszej trasie. Chwilę później zbliżyliśmy się do kolejnych przeszkód. Gniadosz chętnie wskoczył do wody, pokonując bankiet z pewnego rodzaju gracją, z błyskiem w oku rzucił się na kłodę i kolejny bankiet. Tak naprawdę mógłby jechać ten tor bez żadnej pomocy z mojej strony, jednak wolałem mieć go pod kontrolą. Trzy foule, stół za nami i już pędzimy na coffin. Kick Me był jednym z szybszych koni z naszej stajni, przez angielską krew, czuł coś co folbluty, kiedy biegł. Na coffin rzucił się niemal zachłannie, skacząc ją z dużym zapasem, chociaż nieźle się zdziwił, kiedy zobaczył pod sobą rów. Sunken road poszło mu już gorzej, zachwiał się, tracąc rytm, jednak udało nam się wyratować i biegliśmy już w stronę coraz szybciej zbliżającej się do nas hydry. Ogier skoczył ją z niezłym zapasem, przez co stracił lekko równowagę przy lądowaniu, ale zdawał się nie zwracać na to uwagi. Szweda skoczył zdecydowanie lżej niż inne przeszkody, jakby przez niego przeleciał. Kłodę na koniec mógłby skakać z palcem w nosie, więc wydawało się że ją niemalże przeszedł. Teraz przed nami długi odcinek samego biegu. Wydłużyłem chód konia i wstałem z siodła, do półsiadu. Ogier bardzo się starał, głośno oddychając biegł w stronę stajni. Kick nie miał raczej problemów z rozkładaniem siły, więc samoistnie zwolnił zbliżając się do środka odcinka. Tylko trochę mu w tym pomogłem. Potem, kiedy byliśmy już przy samym końcu przyspieszyliśmy, wykorzystując wszystkie mięśnie konia. W końcu minęliśmy "metę" i zwolniłem konia do kłusa, a po rozkłusowaniu do stępa, żeby za chwilę oddać go do szybkiego przebadania Kellinowi.

Dan
Resurrected Sun w porównaniu do Kicka był starym wyjadaczem. Ruszył ze stój miarowym, w miarę spokojnym galopem, lekko wybijając się przy pierwszej przeszkodzie, dopiero za nią popędził szybko, w zasadzie bez mojej ingerencji. Nakierowałem go prawidłowo na bankiet, ten zeszkoczył z niego i skrócił sobie drogę do kłody o 1 foule, wykonując bardzo efektowny, lecz nie do końca wygodny, długi skok. Bankiet w górę poszedł mu już z większym wysiłkiem, ale dzięki mocnemu wybiciu z zadu poradził sobie z nim. Po kilku foule nakierowałem go na stół. Resurrect odbił się od jego środka i pogalopował dalej, machając energicznie ogonem. Przed nami jedo największy postrach - coffin. Słoneczko zawsze zdawał się nie oczekiwać rowu między przeszkodami, przez co miał spory problem z wylizaniem się z tej sytuacji. Tym razem nie było inaczej, jednak na szczęście udało nam się przeżyć. Pogłaskałem siwka dla uspokojenia po szyi, bo wyraźnie się zdenerwował i nakierowałem go na sunken road. Pierwsza kłoda poszła bez żadnych zarzutów, bankiety Resurrect miał już niemalże doskonale wyćwiczone. Przed okserem wybił się mocno, zostawiając sobie spory zapas. Wyraźnie się uspokoił, kiedy galopowaliśmy w stronę ostatnich dwóch przeszkód. Hydry nigdy nie były dla niego jakimś wyzwaniem, więc i tą pokonał bez problemu, zupełnie jak ostatnią kłodę. Został dwukilometrowy odcinek, który zapewne jak zwykle nie sprawi ogierowi żadnego problemu. W końcu już jako dwulatek ćwiczył wytrzymałość na torze w Cheltenham. Wydłużyłem krok, wstając z siodła i pozwoliłem mu na odwalenie za mnie całej roboty. Na jedną z odkrytych aren Oak dotarliśmy chwilę po Philu i Kicku. Pokłusowałem jeszcze trochę na luźnej wodzy i przeszedłem do stępa. Na koniec Kellin zmierzył Resurrectowi tętno, oddech i te sprawy i po rozsiodłaniu mogliśmy odprowadzić konie na duże pastwisko.

<<Powrót do treningów konia: Resurrected Sun
<<Powrót do treningów konia: Kick Me

015 Parkour próbny

Brak komentarzy:
Konie: Wild Instinct, Crooked Young
Trenerzy: Philip Lloyd, Connor Hollingsworth

Phil
- Wstaaawaaaaaj - przetarłem oczy dłonią i otworzyłem je powoli, zerkając w stronę Dana. - Zasnąłeś wczoraj na kanapie i trochę żal było mi cię budzić, ale musimy iść do koni - dodał po chwili. Istotnie, kiedy powróciłem pamięcią do wydarzeń dnia poprzedniego, zauważyłem, że zasnąłem w innym miejscu niż obudziłem się tego poranka.
- Kogo najpierw? - zapytałem cicho, odrzucając z siebie i ciągle śpiącej Susie czarną kołdrę. Usiadłem, ziewnąłem i podrapałem się po brzuszku. Danny uśmiechnął się szeroko na ten widok.
- Jesteś najsłodszym człowiekiem na ziemi - stwierdził zmieniając temat, na co odpowiedziałem mu uśmiechem. - Pierwszego bierzesz Dzikusa razem z Connorem i Młodziakiem, bo ostatnio dawno nie chodził i Connor prosił, żebyśmy mu pomogli.
- Ugh, zabij mnie - jęknąłem opadając z powrotem na poduszki. Nie lubiłem treningów z karym holsztynem. Temperamentem zbyt przypominał wyścigowce, które szczerze mówiąc, bardzo mnie męczyły.
- Nie narzekaj, potem bierzemy Słoneczko i Serenadę i robimy co chcemy przez pół dnia w lesie - powiedział, poprawiając moją grzywkę. Poprawił mi tym humor, nastawiając jakoś przychylniej do świata, więc wyskoczyłem z łóżka, zabrałem granatowe bryczesy i białą koszulkę i ruszyłem w stronę łazienki.
Wszyscy siedzieli na dole, na kanapach, jedząc tosty z szynką i serem. Usiadłem obok Dana, ale nie chciałem jeść - coś jednak zostało mi z dżokeja. Mimo to dostałem talerz z dwoma tostami, polanymi ketchupem i opieprz, że nie mogę się tak traktować i że jestem nieodpowiedzialny. Zjadłęm je więc, a raczej zmęczyłem i jako ostatni zawitałem w stajni. Ogiery były już nakarmione i gotowe do wyjścia, wszystkie - oprócz tych wychodzących na trening. Wyprowadziliśmy je na wybieg, zaraz potem zrobiliśmy to samo z klaczami. Ci, którzy teraz nie trenowali, schowali się do siodlarni "czyścić sprzęt" (grać na konsoli), a my ruszyliśmy w stronę stajni. Wild Instinct strzygł uszami w moją stronę, jakby rzucając mi wyzwanie. Zabrałem swój sprzęt z siodlarni, powiesiłem na drzwiczkach od boksu i wszedłem do środka. Byłem niższy od konia, więc siodłanie go zawsze sprawiało mi problem. Przywiązałem go do krat boksu i zabrałem się za szybkie przeczyszczenie go. Ogier szybko był czysty, nawet nie próbował wykręcać numerów. Dopiero przy czyszczeniu kopyt, zaczął wydziwiać, jak to miał w zwyczaju. Wyrywał mi nogi, rzucał się na wszystkie strony i grzebał kopytami w ściółce ze słomy.
- Siur ci w oko, Dzikus! - krzyknąłem w końcu, a ogier postawił uszy i spojrzał na mnie ze zdziwieniem w oczach. Usłyszałem skrzypienie zasuwki do boksu i po chwili Dan zabrał kopystkę z mojej dłoni i wyczyścił wszystkie kopyta konia. Był silniejszy, więc spokojnie mógł utrzymać wyrywającego się konia. Ubrałem karosza w mój sprzęt i przekłusowałem z nim w ręku na halę. Reszta już tam była, Hollingsworth nawet stępował ze swoim ogierem. Danny podsadził mnie na grzbiet Wilda i ruszyłem stępem na luźnej wodzy.
Po kilkunastu minutach robienia kół i wolt w stępie, zabrałem się za ustępowania. Wild trochę się buntował, jednak przy dostatecznie mocnych sygnałach ładnie krzyżował i przednie i tylne kończyny. W końcu, widząc że Connor i Crooked zakłusowali, ruszyłem po dłuższej ścianie, na razie na luźnej wodzy. Po kilku pełnych okrążeniach zmieniłem kierunek. Dzikus szedł rytmicznie, lekko machając głową. Zacząłem delikatnie podbierać wodze, dając mu łydkami znak do zebrania. Kiedy koń się w miarę zaganaszował, przeszedłem do wolt, serpentyn i slalomów, żeby potem ponajeżdżać na cavaletti, które ustawił nam Dan. Instinct potknął się za pierwszym razem, jednak przy kolejnych podjazdach ładnie podnosił nogi. Powoli zbliżało się do mnie najgorsze - galop. Zebrałem ogiera jeszcze bardziej i dałem mu znak do zagalopowania. Bryknął, szarpnął głową i ruszył szybkim galopem, podnosząc głowę wysoko do góry. Warknąłem zdenerwowany i usiadłem mocniej w siodło, a potem wypuściłem nogi ze strzemion, pogłębiając dosiad. Dosiad hamujący i naprzemienne znaki łydkami do zebrania, trochę uspokoiły konia i po chwili galopował już wolniej, coraz bardziej się rozluźniając i opuszczając głowę. W końcu ładnie się zebrał, a jego galop był w miarę spokojny i rytmiczny. Złapałem znów strzemiona i przeszedłem do kół i wolt, żeby potem zrobić lotną i pojechać to samo na drugą stronę.

Connor
Crooked jak zawsze rzucał się na wszystkie strony przy czyszczeniu, jednak przywykłem już do jego wybryków i zwyczajnie nie zwracałem uwagi na to, co robił. Kiedy kłapał przy mnie zębami, po prostu odsuwałem jego pysk, a kiedy chciał mnie kopnąć, bez emocji przeszedłem obok. Już jakiś czas temu odkryłem, że właśnie takie zachowanie działa na tego konia najlepiej. Nie był jakoś strasznie brudny, więc szybko uporałem się z czyszczeniem i siodłaniem i chwilę później byłem już w siodle na hali. Wyjątkowo ogier był dosyć spokojny przy stępie, nie trzymałem więc kontaktu, łapiąc go dopiero przy zakłusowaniu. Crooked jak zwykle szedł lekko spięty, stawiając kroki szybko, jakby podłoże go parzyło. Musiałem długo pracować na kole, żeby się rozluźnił. A kiedy się rozluźnił dopiero zaczęła się zabawa. Pierwsze bryknięcia były niczym. Delikatne, jakby trochę się bał. Potem poszło z górki. Udało mu się nawet mnie zrzucić, przegalopował dookoła całą halę, wyburzając z rytmu Phila i Dzikusa i "biorąc na klatę" jedną z dopiero co ustawionych przez Dana przeszkód. Chłopak się chyba zdenerwował, bo chwilę później trzymał już ogiera za wodze, które przed chwilą agresywnie szarpnął i szedł w jego stronę, sprawiając że ten się cofał. Chyba trochę go tym uspokoił bo Młodziak przeżuł wędzidło, oblizał się i opuścił głowę, głośno oddychając.
- Mogę? - zapytał Danny, odwracając się w moją stronę. Ja nadal siedziałem na miękkim piasku, czując że kość ogonowa coraz bardziej mnie boli.
- A proszę, możesz go sobie nawet zatrzymać na zawsze - mruknąłem i podniosłem się z ziemi, żeby przejść na krzesełko, postawione obok jednego z okserów. Rzuciłem jeszcze Danowi kask, bo na tego konia strach wsiadać bez i wyciągnąłem nogi, odprężając się.

Dan
Coś posunęło mnie do utemperowania ogiera. Zasadniczo staraliśmy się nie zaburzać charakterów koni, pozwalając niektórym na niewielkie wybryki. W końcu nie byłyby wtedy sobą. Jednak Młodziak zdecydowanie za bardzo przeginał ze swoim charakterkiem, a Connor był nim wyraźnie zmęczony. Wsiadłem na ogiera, zaraz po założeniu kasku i ruszyłem kłusem ze stój. Gniadosz ciągle próbował zagalopować, jednak trzymałem go mocno, raz na jakiś czas odpuszczając wodze. Po kilku okrążeniach ogier znacznie przyspieszył kłusa, ale nie próbował już zagalopowywać. Zrobiłem żucie z ręki i tak przekłusowałem kolejne kilka okrążeń, dodając do nich wolty, serpentyny i drągi z każdej możliwej strony. Chwilę później zagalopowałem. Ogier bryknął kilka razy i wyrwał się do przodu, jednak nie zatrzymywałem go, a jedynie popędzałem. Stanąłem do półsiadu i kiedy koń próbował zwolnić dodawałem łydki nie pozwalając mu na to. Zmęczony pracował nie tyle wydajniej, co więcej. Bardziej skupiał się na jeźdźcu nie mając ochoty na wybryki. Dopiero po około pięciu okrążeniach zwolniłem go i nakierowałem na jedną ze stacjonat, wysokości klasy N, na rozskakanie. Crooked jak zwykle rozpędził się lekko przed przeszkodą, ale wybił się ładnie, doskonale baskillując i podwijając nogi niczym olimpijczyk. Nakierowałem go na drugą przeszkodę - okser tej samej wysokości, a za nim odrobinkę niższy triplebar w odległości na 3 foule. Crooked zachwiał się nieco na drugiej przeszkodzie, ale jej nie zrzucił. Na koniec nakierowałem go na stacjonatę, już normalnej dla niego wysokości - CS. Przeskoczył ją znakomicie, z zaangażowaniem, za nią bryknął, jednak nie odważył się już na więcej wybryków. Przeszedłem do kłusa, a za chwilę do stępa, żeby oddać ogiera Connorowi, który ustawił już wszystkie przeszkody.

Phil
Po wstępnym rozskakaniu na wszystkich przeszkodach, które przeszło spokojnie i dobrze pod technicznym kątem, przekłusowałem dwa okrążenia hali na obie strony i zagalopowałem, gotowy do przejechania parkouru. Ostatnio zamiast typowych dla nas, treningów szeregowych, szykowaliśmy konie do zawodów raczej całościowo, trzymając wymagany czas. Przed nami znajdowało się 12 przeszkód, każda na wysokości klas C-CS. Przewidywany czas - niecałe 4 minuty. Kiedy skoczyliśmy pierwszą stacjonatę, Dan włączył stoper. Pogoniłem więc lekko ogiera, a ten bryknął raz, najwyraźniej zadowolony z treningu. Dzikus jest mistrzem szybkiego pokonywania parkouru, jednak zdarzają mu się wtedy błędy techniczne, dlatego moim zadaniem na dziś było wyeliminowanie ich do zera. Naprowadziłem go na drugą przeszkodę - szereg z 3 przeszkód stacjonata - okser - stacjonata. Obyło się bez zrzutek więc lekko klepnąłem go po szyi, nakierowując go na "rów z wodą" w postaci niebieskiej folii. Skoczył go dobrze, jednak zbyt "na płasko". Zaraz za nim, w odległości 5 foul był triplebar. Na nim zaliczyliśmy zrzutkę, przez złe wyliczenie, jednak nie poddawaliśmy się i po zakręcie - i kilku bryknięciach - najechaliśmy doskonale na szereg z 3 stacjonat w odległości 2 foule między każdą. Wild tym razem bardzo się postarał, wyciągając szyję i podciągając nogi. Przed nami zostały 3 przeszkody: samotny triplebar, stacjonata i za nią murek po łuku. Pierwsze dwie poszły bez problemu, jednak na murku wypadliśmy z rytmu, przez co wpadłem koniu na szyję. Mimo to Wild poradził sobie całkiem nieźle. Pogładziłem go po szyi i zwolniłem do kłusa, dając mu luźną wodzę. Dan mamrotał coś o tym, że świetnie mi poszło, czas krótszy niż ostatnio, więc uśmiechnąłem się do niego, kiedy przejeżdżałem obok. Po kilku minutach przeszedłem do stępa.

Connor
Crooked opanował się trochę, po tym jak Dan na niego wsiadł i teraz o wiele lepiej mi się z nim współpracowało. Ogier po dwóch okrążeniach kłusa zagalopował lekko i płynnie, dopiero za pierwszą przeszkodą bryknął, jednak nie na tyle mocno, żeby go za to karać. Dan mierzył nam czas, kiedy przyspieszyłem lekko , naprowadzając konia na szereg. Przeskoczył go ładnie, dobrze baskillując, z mocnym wybiciem z zadu. Kolejny był rów, który również przeskoczył bez problemów, o wiele lepiej technicznie od jego poprzednika. Triplebar również poszedł bez żadnych przeszkód i dopiero na kolejnym szeregu wyłożył się, zaliczając zrzutkę na każdej z przeszkód, mimo dobrego wybicia. Kolejny triplebar poszedł ogierowi już znacznie lepiej, stacjonata z murkiem bez przeszkód.
- Dobry czas, ale powtórz ten szereg - powiedział Dan, poprawiając drągi.
Zrobiłem woltę w kłusie, zagalopowałem, Crooked bryknął, ale tym razem dobrze najechaliśmy na szereg i ogier przeskoczył go bez żadnych błędów. Pogłaskałem go i rozkłusowałem, żeby po 10 minutach stępa wrócić razem z Philem i Wildem do stajni. Oblaliśmy jeszcze konie wodą i wypuściliśmy Wilda na duże pastwisko, a Młodziaka na jego własne, małe.