Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wild instinct. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wild instinct. Pokaż wszystkie posty

25.4.15

016 Teren dwuosobowy

Brak komentarzy:
Zastęp: Dan i Phil na koniu Kick Me; Connor i Elvia na koniu Wild Instinct; Kellin i Andy na koniu Big Hero 6; Marzia i Troye na koniu Soldier's Poem;

Andy
- Kellin śmierdzielu wstawaj! - krzyknąłem wskakując na łóżko przyjaciela. - Już dziewiąta!
- Andy, ty pizdo, dlaczego mnie budzisz? Zasnąłem dwie godziny temu - jęknął i przewrócił się na brzuch, a potem zakrył głowę poduszką, a po chwili usłyszałem stłumione: - Więcej z tobą nie piję.
- Zawsze tak mówisz, a potem to ty jesteś tym najbardziej pijanym - zacząłem go przedrzeźniać, kładąc się obok niego.
- Chcesz w ryj, Baker? - warknął, chociaż poduszka wyciszając dźwięki, nie pozwoliła mu oddać agresji, jaką chciał zawszeć w tych słowach.
- Tak. Buzi chcę - uśmiechnąłem się głupio i zamrugałem oczkami kilka razy, kiedy ten podniósł lekko róg poduszki, pokazując tylko swoje jasnoniebieskie oczy, i trochę przydługich, czarnych włosów i spojrzał na mnie.
- Nie należy Ci się - zmrużył powieki.
- No weź, ja cię tu budzę, żebyś mógł pojechać z nami w teren na plażę, a ty mi się tak odpłacasz? - jęknąłem i już chciałem kontynuować, kiedy chłopak poderwał się nagle i ucałował mój policzek. Na mojej twarzy pojawił się tryumfujący uśmiech.
- Masz i nie jęcz, o której wyjeżdżamy? - zapytał, siadając na łóżku, a potem odgarnął z twarzy włosy, które mu na nią opadły.
- Za 40 minut. Bierzesz Big Hero 6 i mnie jako dodatkowy balast, bo jedziemy po dwie osoby.
Kells uśmiechnął się tylko i wstał z łóżka, a potem podszedł do szafy, wziął z niej krótkie jeansy i podkoszulek z logiem Guns N' Roses i wyszedł z pokoju, zostawiając mnie samego ze sobą. W Australii obecnie jest lato, więc przez większość czasu umieramy, narzekając na gorąc (25' w nocy i do 40 za dnia), szczególnie że przyjechaliśmy z Minnesoty, gdzie w tej chwili jest około 12 stopni na minusie. Dlatego taki wypad na plażę jest dobrym pomysłem. Ochłodzimy się trochę w morzu, a i konie na pewno poczują się lepiej. Niby ogoliliśmy wszystkie z nich, ale nadal nie przywykły do takiej pogody. Czekając na Kellina po prostu leżałem na jego łóżku, machając w górze nogami i grzebiąc w telefonie.
Po kilku minutach chłopak wrócił i za nogę ściągnął mnie z łóżka.
- Wstawaj, idziemy szykować tego grubasa! - powiedział i wyszedł, nie czekając na mnie. Pobiegłem za nim, złapałem go dopiero w stajni.
- Boże, w jaki sposób tak szybko się tu znalazłeś?
- Ekscytacja, sam rozumiesz - mruknął i wystawił język, skupiając się na odpięciu nowiutkiego ogłowia. Sprzączki w takowych zawsze ciężko działały i chłopak miał z nimi niemały problem. Zabrałem ogłowie z jego rąk i rozpiąłem je za niego.
- Idźże po tego świniaka, pewnie jest cały brudny - mruknąłem do niego i odwiesiłem gotowe do założenia ogłowie na wieszak przy boksie Hero.
Kells się mnie posłuchał i za chwilę wrócił z Bigiem. Koń był przeszczęśliwy, że w końcu wszedł do lekko klimatyzowanej stajni. Szybko uporaliśmy się z czyszczeniem go, Kellin włożył mu ogłowie na kantar (w trakcie przystanków trzeba mieć je za co przywiązać) i za chwilę podsadził mnie na niego, a sam wskoczył z ławki, chociaż i tak musiałem go wciągać, bo prawie spadł. On siedział z tyłu, więc to mi przypadło kierowanie koniem.
- Ku przygodzie! - krzyknął Kellin wyciągając rękę przed siebie i popchnął mnie lekko do przodu, żebym przeszedł do dosiadu aktywującego. Wyszliśmy ze stajni, gdzie - jak się okazało - wszyscy już na nas czekali.
- Ku przygodzie! - powtórzył, robiąc tą samą rzecz z ręką, popędzając konia, tak żeby wyszedł na początek zastępu. Big Hero zawsze denerwował się będąc dalej. Obok nas pojawili się Connor z Elvią na Wildzie. Dziewczyna siedziała z przodu, ale to chłopak kierował koniem, a ona trzymała się mocno grzywy, z wielkimi oczami wpatrując się w machającego głową ogiera.
- Zabije nas, zabije nas, zabije nas - mamrotała pod nosem, a Connor się tylko z niej śmiał.
- Hej, Elvia, ciebie przynajmniej zabije coś co kochasz. Mnie czeka niechybna śmierć z rąk Kellina - powiedziałem do niej, uśmiechając się szeroko.
- Przepraszam - wtrącił się Cousin. - Przecież to to samo. Kochasz mnie, ty cwelu!
Blondynka oderwała wzrok od konia i spojrzała na nas, przysłuchując się rozmowie, wyraźnie się rozweseliła i zapomniała, że siedzi na jednym z najdzikszych koni w stajni.
- Sam jesteś cwel, Kells. Może i bym cię kochał, jakbyś mnie tak brzydko nie nazywał - odwróciłem się do niego na moment z bitchfacem, a potem znów spojrzałem przed siebie z obrażoną miną.
- Andyyy noooo... nie obrażaj się na mnie - jęknął, dźgając mnie między żebra.
- Nie, już za późno. Dziś śpisz na wycieraczce - powiedziałem, robiąc jeszcze większy bitchface,- Cwelu - dodałem po chwili.
Usłyszałem cichy śmiech zza pleców. Marzia chyba już zaczynała się dusić. Nagle cała czwórka odwróciła się do tyłu.
- To nie ja, przysięgam - jęknął Troye podnosząc ręce do góry, w geście niewinności.
Marz leżała na szyi Soldiera, płacząc ze śmiechu, a obok Phil dusił swój śmiech o ramię Dana. Zarówno Daniel jak i wyżej wymieniony Troye wyglądali jakby dwójka spiskowała przeciwko nim. Może jedno pochwaliło się drugiemu jakimś pikantnym szczegółem o którym ich wybrankowie wiedzieć nie mogli? Kto wie?
Przy okazji odwracania się, rzuciłem obrażone spojrzenie na Kellsa i wróciłem do patrzenia przed siebie.
Odjechaliśmy już spory kawałek od Oak Island i stępowaliśmy teraz poboczem jednej z mniejszych dróg w Swan Valley. Zbliżaliśmy się coraz bardziej do Whiteman Park. Przed nami jeszcze jakieś 27 kilometrów. Taka wyprawa, była wycieczką na cały dzień, jeżeli nie chciało nam się używać koniowozów. 4 godziny w jedną i 4 godziny w drugą stronę plus jakieś dwie na posiedzenie na miejscu, żeby konie mogły odpocząć. Niemalże jak jednodniowy rajd. Większość drogi musieliśmy stępować, ze względu na słabe podłoże - drogi i fakt, że nie mogliśmy przemęczyć koni. Tak, jechaliśmy miastem, obok samochodów i ludzi chodzących po chodniku. Jednak tym razem przyjaciel Troye'a miał nas odebrać z plaży, więc mogliśmy potraktować to jako dłuższy teren.
W końcu wjechaliśmy do Whiteman Park, gdzie wszyscy zakłusowaliśmy na ścieżkach rowerowych. Minęliśmy jakiegoś zdziwionego rowerzystę, kilka rodziców z dzieciakami, które krzyczały "patrz mamo/tato konik!". Jeden wypuścił balona, ale Danowi udało się go złapać i zatrzymaliśmy się, żeby mógł oddać zgubę. Po jakiś 15 minutach zwolniliśmy do stępa i zatrzymaliśmy się przy wybiegach kangurów. Dopiero od niedawna siedzimy w Australii więc to nadal dla nas wielka sprawa. Zsiedliśmy z koni i powzwoliliśmy im na chwilę odpoczynku. Marzia pobiegła kupić picie, a my po przywiązaniu koni do płotka, usiedliśmy na trawie, obok tych tajemniczych zwierząt.
- Kangur wygląda jakby w ogóle nie był żywą rzeczą... - odezwał się nagle Phil, który siedział najbliżej nich i wtykał nos między kratki. - No spójrzcie na niego... Ten ogon taki długi, nogi dziwnie wielkie, a główka malutka... Gdzie on ma mózg?
- Nie ma go tak jak ty - Kellin wszedł mu w zdanie. Po chwili pół parku mogło usłyszeć moje "daaaaaamn" i głośną piątkę. Marzia wróciła i rozdała nam wodę.
- Podobnie jak twoja matka - odgryzł mu się Philip i tym razem to on i Dan przybili piątkę. Kellin za to nie mając co odpowiedzieć, obruszył się trochę i w końcu wymamrotał:
- Goń się...
- Coraz słabsze masz te pociski, stary. Chyba musisz poćwiczyć - mruknąłem, ale coś klepiącego moje ramię przerwało mi wywód jaki chciałem dać.
- Plose pana - odwróciłem się i zobaczyłem małego dzieciaczka z jaśniutkimi loczkami i buzią umorusaną lodami truskawkowymi. Że też spośród tylu miło wyglądających osób wybrał mnie: wytatuowanego, ubranego całego na czarno z kolczykami w nosie i wardze, siedzącego obok drugiego, podobnie wyglądającego faceta. - A csy mógłbym psejechac sie na koniku? - dzieciak cudownie seplenił, dzięki czemu rozczulił mnie jeszcze bardziej. Spojrzałem z uśmiechem na resztę, która wyglądała na równie szczęśliwych co ja.
- A pytałeś się rodziców czy możesz? - zapytałem, żeby przypadkiem, jakiś rozjuszony krewny się zaraz na mnie nie rzucił, bo wystawiam jego dziecko na niebezpieczeństwo urazu spowodowanego przez zwierzę roślinożerne. Dzieciak pokiwał głową.
- A pozwolili? - wolałem być w stu procentach pewien. Dzieciak zrobił to samo.
- Big Hero? - tym razem pytanie skierowałem do reszty. Chyba tylko on wydawał się odpowiedni dla dziecka. Wild Instinct zabiłby nie tylko dziecko, a i mnie, a Soldier posrałby się ze strachu, gdyby coś małego do niego podeszło. Reszta tylko pokiwała głowami.
- To chodź - powiedziałem wstając i wyciągnąłem rękę w jego stronę. - Jak masz na imię? - zapytałem zerkając na malucha, Miał może z 5 lat.
- Chalie - puściłem go i odwiązałem Biga od płotka, a potem do niego podprowadziłem.
- Więc Charlie - kucnąłem, tak żeby mógł na mnie patrzeć. - Ja jestem Andy. I pytam cię: czy jesteś gotowy, aby dosiąść tego oto mężnego, siwego rumaka o wdzięcznym imieniu Big Hero 6?
Charlie najpierw spojrzał na konia z otwartą buzią podziwiając jego zdziwione oblicze, a potem przeniósł wzrok na mnie i entuzjastycznie pokiwał głową. Złapałem go i posadziłem na konia. Wyglądał na przeszczęśliwego.
- Trzymaj się mocno grzywy, jego to nie będzie boleć, a ty nie spadniesz - powiedziałem, przesuwając go trochę bliżej kłębu, żeby w razie czego móc go złapać. Ruszyłem powoli obok Biga, a on razem ze mną. Charlie zaczął się śmiać, widocznie będąc szczęśliwym. W tym czasie najwyraźniej jego mama podeszła do reszty i słysząc śmiech dziecka przerwała z nimi rozmowę i pomachała mu. Chwilę później Kellin wstał i podszedł do nas.
- Hej, mały, a chcesz pojeździć szybciej? - zapytał dziecko.
- Taaak! - Charlie podskoczył na koniu, a ten tylko machnął głową. Podsadziłem Kellsa i oddałem mu wodze. Chłopak złapał je jedną ręką, a drugą objął małego, tak żeby nie spadł i najpierw ruszył stępem, a potem zakłusował. Dzieciak wyglądał jakby nigdy wcześniej nie miał tyle zabawy.
- Sybciej! - krzyknął po chwili, wyciągając ręce do góry. Kellin popędził Biga do galopu. Na szczęście nasz dresażysta miał bardzo mięciutkie chody, więc nie było problemu z utrzymaniem się na nim. Dziecko śmiało się głośno, jego mama robiła mu zdjęcia, a Kells wyglądał jakby właśnie wygrał na loterii. Zawsze lubił dzieci... W tym dobrym znaczeniu! Po kilku minutach zwolnił do stępa i po pożegnaniu się z Charliem "oddał" go mamie i wrócił do nas. Dzieciak pomachał nam jeszcze na pożegnanie i po chwili zniknął razem ze swoją mamą w tłumie innych ludzi. Nie siedzieliśmy już długo w parku. Wsiedliśmy szybko na swoje rumaki i ruszyliśmy dalej kłusem, aż w końcu, po jakiejś pół godzinie wyjechaliśmy z parku. Teraz mieliśmy przed sobą długą drogę przez miasto, co równało się z bezustannym stępem. Ludzie dziwnie patrzyli na zastęp koni, niosących na grzbiecie po dwójkę osób, czekający aż zielone światło na przejściu dla pieszych się zapali.
Dalsza droga przebiegła bez żadnych przeszkód. Na parkingu przy plaży był już znajomy Troye'a - Adam - z trailerem, który miał zawieźć nas z powrotem do Oak. Wjechaliśmy na miękki piasek, w którym kopyta koni lekko się zapadały. Plaża była niemalże bezludna, przez porę, o jakiej postanowiliśmy się na niej wybrać. W dzień roboczy wszyscy mieli lepsze zajęcia.
- Kto pierwszy przy żaglówkach! - krzyknął Dan, popędzając Kick Me do galopu. Ogier rzucił się do niego, natychmiastowo się rozpędzając. Przez chwilę słyszeliśmy tylko śmiech Phila i dopiero kiedy trójka byłą już daleko od nas, ogarnęliśmy że przecież się ścigamy. Pogoniłem szybko Biga, koń rzucił się do wyścigu, wyciągając daleko muskularną szyję. Zaraz za nami Troye i Connor się obudzili, pędząc swoje rumaki. Elvia co chwila pokrzykiwała, że karosz ją za chwilę zabije, a Marzia, jęczała, że Soldier jest strasznie wolny. W efekcie Dan i Phil z Kickiem wywalczyli pierwsze miejsce, Connor z Elvią i Wildem drugie, my trzecie, a zdenerwowany Sordier z Marzią i Troyem przybiegł do żaglówek sporo po nas, z wielką dumą parchając na pozostałe rumaki. Pokręciliśmy się trochę przy żaglówkach w kłusie i po chwili pierwszy odważny - czyli Kick Me - wbiegł galopem do wody, przy czym, kiedy byli już na dosyć dużej głębokości, Phil stracił równowagę i pociągnął za sobą Dana do wody. Wyłonili się za chwilę z głębin, obok zadowolonego konia głośno się śmiejąc. Connor i Elvia popędzili im na ratunek, skacząc z Wildem z pomostu - mimo głośnego protestu dziewczyny. Kells i ja dogalopowaliśmy do nich, a Troye i Marzia walczyli na brzegu z Soldierem, który dopiero po chwili przekonał się, że woda pomoże mu się ochłodzić i wszedł do niej z lekką niechęcią, powoli stępując. Przez kolejne pół godziny pławiliśmy konie, co chwile się ochlapując i ściągając z grzbietów wierzchowców za nogi do wody. W końcu stwierdziliśmy, że chyba pora wracać i wygalopowaliśmy z wody, kierując się w stronę trailera, brzegiem, tak że kopyta koni co jakiś czas uderzały o wodę. Będąc na przeciwko parkingu rozkłusowaliśmy i rozstępowaliśmy konie, a potem podjechaliśmy pod trailer.
- Tacy mokrzy, to jedziecie z końmi - powiedział otwierając przyczepę. W sumie nikt nie miał nic przeciwko. Wprowadziliśmy po kolei konie, z których wcześniej ściągnęliśmy wodę i założyliśmy im ochraniacze, a potem sami weszliśmy do środka. Kiedy wróciliśmy do Oak, szybko odstawiliśmy konie na duże pastwisko i po przebraniu się, wręcz rzuciliśmy się na lody. Reszta koni dostała dziś przerwę, bo wszyscy byliśmy zbyt zmęczeni, żeby wyściubić nos za drzwi domu.

015 Parkour próbny

Brak komentarzy:
Konie: Wild Instinct, Crooked Young
Trenerzy: Philip Lloyd, Connor Hollingsworth

Phil
- Wstaaawaaaaaj - przetarłem oczy dłonią i otworzyłem je powoli, zerkając w stronę Dana. - Zasnąłeś wczoraj na kanapie i trochę żal było mi cię budzić, ale musimy iść do koni - dodał po chwili. Istotnie, kiedy powróciłem pamięcią do wydarzeń dnia poprzedniego, zauważyłem, że zasnąłem w innym miejscu niż obudziłem się tego poranka.
- Kogo najpierw? - zapytałem cicho, odrzucając z siebie i ciągle śpiącej Susie czarną kołdrę. Usiadłem, ziewnąłem i podrapałem się po brzuszku. Danny uśmiechnął się szeroko na ten widok.
- Jesteś najsłodszym człowiekiem na ziemi - stwierdził zmieniając temat, na co odpowiedziałem mu uśmiechem. - Pierwszego bierzesz Dzikusa razem z Connorem i Młodziakiem, bo ostatnio dawno nie chodził i Connor prosił, żebyśmy mu pomogli.
- Ugh, zabij mnie - jęknąłem opadając z powrotem na poduszki. Nie lubiłem treningów z karym holsztynem. Temperamentem zbyt przypominał wyścigowce, które szczerze mówiąc, bardzo mnie męczyły.
- Nie narzekaj, potem bierzemy Słoneczko i Serenadę i robimy co chcemy przez pół dnia w lesie - powiedział, poprawiając moją grzywkę. Poprawił mi tym humor, nastawiając jakoś przychylniej do świata, więc wyskoczyłem z łóżka, zabrałem granatowe bryczesy i białą koszulkę i ruszyłem w stronę łazienki.
Wszyscy siedzieli na dole, na kanapach, jedząc tosty z szynką i serem. Usiadłem obok Dana, ale nie chciałem jeść - coś jednak zostało mi z dżokeja. Mimo to dostałem talerz z dwoma tostami, polanymi ketchupem i opieprz, że nie mogę się tak traktować i że jestem nieodpowiedzialny. Zjadłęm je więc, a raczej zmęczyłem i jako ostatni zawitałem w stajni. Ogiery były już nakarmione i gotowe do wyjścia, wszystkie - oprócz tych wychodzących na trening. Wyprowadziliśmy je na wybieg, zaraz potem zrobiliśmy to samo z klaczami. Ci, którzy teraz nie trenowali, schowali się do siodlarni "czyścić sprzęt" (grać na konsoli), a my ruszyliśmy w stronę stajni. Wild Instinct strzygł uszami w moją stronę, jakby rzucając mi wyzwanie. Zabrałem swój sprzęt z siodlarni, powiesiłem na drzwiczkach od boksu i wszedłem do środka. Byłem niższy od konia, więc siodłanie go zawsze sprawiało mi problem. Przywiązałem go do krat boksu i zabrałem się za szybkie przeczyszczenie go. Ogier szybko był czysty, nawet nie próbował wykręcać numerów. Dopiero przy czyszczeniu kopyt, zaczął wydziwiać, jak to miał w zwyczaju. Wyrywał mi nogi, rzucał się na wszystkie strony i grzebał kopytami w ściółce ze słomy.
- Siur ci w oko, Dzikus! - krzyknąłem w końcu, a ogier postawił uszy i spojrzał na mnie ze zdziwieniem w oczach. Usłyszałem skrzypienie zasuwki do boksu i po chwili Dan zabrał kopystkę z mojej dłoni i wyczyścił wszystkie kopyta konia. Był silniejszy, więc spokojnie mógł utrzymać wyrywającego się konia. Ubrałem karosza w mój sprzęt i przekłusowałem z nim w ręku na halę. Reszta już tam była, Hollingsworth nawet stępował ze swoim ogierem. Danny podsadził mnie na grzbiet Wilda i ruszyłem stępem na luźnej wodzy.
Po kilkunastu minutach robienia kół i wolt w stępie, zabrałem się za ustępowania. Wild trochę się buntował, jednak przy dostatecznie mocnych sygnałach ładnie krzyżował i przednie i tylne kończyny. W końcu, widząc że Connor i Crooked zakłusowali, ruszyłem po dłuższej ścianie, na razie na luźnej wodzy. Po kilku pełnych okrążeniach zmieniłem kierunek. Dzikus szedł rytmicznie, lekko machając głową. Zacząłem delikatnie podbierać wodze, dając mu łydkami znak do zebrania. Kiedy koń się w miarę zaganaszował, przeszedłem do wolt, serpentyn i slalomów, żeby potem ponajeżdżać na cavaletti, które ustawił nam Dan. Instinct potknął się za pierwszym razem, jednak przy kolejnych podjazdach ładnie podnosił nogi. Powoli zbliżało się do mnie najgorsze - galop. Zebrałem ogiera jeszcze bardziej i dałem mu znak do zagalopowania. Bryknął, szarpnął głową i ruszył szybkim galopem, podnosząc głowę wysoko do góry. Warknąłem zdenerwowany i usiadłem mocniej w siodło, a potem wypuściłem nogi ze strzemion, pogłębiając dosiad. Dosiad hamujący i naprzemienne znaki łydkami do zebrania, trochę uspokoiły konia i po chwili galopował już wolniej, coraz bardziej się rozluźniając i opuszczając głowę. W końcu ładnie się zebrał, a jego galop był w miarę spokojny i rytmiczny. Złapałem znów strzemiona i przeszedłem do kół i wolt, żeby potem zrobić lotną i pojechać to samo na drugą stronę.

Connor
Crooked jak zawsze rzucał się na wszystkie strony przy czyszczeniu, jednak przywykłem już do jego wybryków i zwyczajnie nie zwracałem uwagi na to, co robił. Kiedy kłapał przy mnie zębami, po prostu odsuwałem jego pysk, a kiedy chciał mnie kopnąć, bez emocji przeszedłem obok. Już jakiś czas temu odkryłem, że właśnie takie zachowanie działa na tego konia najlepiej. Nie był jakoś strasznie brudny, więc szybko uporałem się z czyszczeniem i siodłaniem i chwilę później byłem już w siodle na hali. Wyjątkowo ogier był dosyć spokojny przy stępie, nie trzymałem więc kontaktu, łapiąc go dopiero przy zakłusowaniu. Crooked jak zwykle szedł lekko spięty, stawiając kroki szybko, jakby podłoże go parzyło. Musiałem długo pracować na kole, żeby się rozluźnił. A kiedy się rozluźnił dopiero zaczęła się zabawa. Pierwsze bryknięcia były niczym. Delikatne, jakby trochę się bał. Potem poszło z górki. Udało mu się nawet mnie zrzucić, przegalopował dookoła całą halę, wyburzając z rytmu Phila i Dzikusa i "biorąc na klatę" jedną z dopiero co ustawionych przez Dana przeszkód. Chłopak się chyba zdenerwował, bo chwilę później trzymał już ogiera za wodze, które przed chwilą agresywnie szarpnął i szedł w jego stronę, sprawiając że ten się cofał. Chyba trochę go tym uspokoił bo Młodziak przeżuł wędzidło, oblizał się i opuścił głowę, głośno oddychając.
- Mogę? - zapytał Danny, odwracając się w moją stronę. Ja nadal siedziałem na miękkim piasku, czując że kość ogonowa coraz bardziej mnie boli.
- A proszę, możesz go sobie nawet zatrzymać na zawsze - mruknąłem i podniosłem się z ziemi, żeby przejść na krzesełko, postawione obok jednego z okserów. Rzuciłem jeszcze Danowi kask, bo na tego konia strach wsiadać bez i wyciągnąłem nogi, odprężając się.

Dan
Coś posunęło mnie do utemperowania ogiera. Zasadniczo staraliśmy się nie zaburzać charakterów koni, pozwalając niektórym na niewielkie wybryki. W końcu nie byłyby wtedy sobą. Jednak Młodziak zdecydowanie za bardzo przeginał ze swoim charakterkiem, a Connor był nim wyraźnie zmęczony. Wsiadłem na ogiera, zaraz po założeniu kasku i ruszyłem kłusem ze stój. Gniadosz ciągle próbował zagalopować, jednak trzymałem go mocno, raz na jakiś czas odpuszczając wodze. Po kilku okrążeniach ogier znacznie przyspieszył kłusa, ale nie próbował już zagalopowywać. Zrobiłem żucie z ręki i tak przekłusowałem kolejne kilka okrążeń, dodając do nich wolty, serpentyny i drągi z każdej możliwej strony. Chwilę później zagalopowałem. Ogier bryknął kilka razy i wyrwał się do przodu, jednak nie zatrzymywałem go, a jedynie popędzałem. Stanąłem do półsiadu i kiedy koń próbował zwolnić dodawałem łydki nie pozwalając mu na to. Zmęczony pracował nie tyle wydajniej, co więcej. Bardziej skupiał się na jeźdźcu nie mając ochoty na wybryki. Dopiero po około pięciu okrążeniach zwolniłem go i nakierowałem na jedną ze stacjonat, wysokości klasy N, na rozskakanie. Crooked jak zwykle rozpędził się lekko przed przeszkodą, ale wybił się ładnie, doskonale baskillując i podwijając nogi niczym olimpijczyk. Nakierowałem go na drugą przeszkodę - okser tej samej wysokości, a za nim odrobinkę niższy triplebar w odległości na 3 foule. Crooked zachwiał się nieco na drugiej przeszkodzie, ale jej nie zrzucił. Na koniec nakierowałem go na stacjonatę, już normalnej dla niego wysokości - CS. Przeskoczył ją znakomicie, z zaangażowaniem, za nią bryknął, jednak nie odważył się już na więcej wybryków. Przeszedłem do kłusa, a za chwilę do stępa, żeby oddać ogiera Connorowi, który ustawił już wszystkie przeszkody.

Phil
Po wstępnym rozskakaniu na wszystkich przeszkodach, które przeszło spokojnie i dobrze pod technicznym kątem, przekłusowałem dwa okrążenia hali na obie strony i zagalopowałem, gotowy do przejechania parkouru. Ostatnio zamiast typowych dla nas, treningów szeregowych, szykowaliśmy konie do zawodów raczej całościowo, trzymając wymagany czas. Przed nami znajdowało się 12 przeszkód, każda na wysokości klas C-CS. Przewidywany czas - niecałe 4 minuty. Kiedy skoczyliśmy pierwszą stacjonatę, Dan włączył stoper. Pogoniłem więc lekko ogiera, a ten bryknął raz, najwyraźniej zadowolony z treningu. Dzikus jest mistrzem szybkiego pokonywania parkouru, jednak zdarzają mu się wtedy błędy techniczne, dlatego moim zadaniem na dziś było wyeliminowanie ich do zera. Naprowadziłem go na drugą przeszkodę - szereg z 3 przeszkód stacjonata - okser - stacjonata. Obyło się bez zrzutek więc lekko klepnąłem go po szyi, nakierowując go na "rów z wodą" w postaci niebieskiej folii. Skoczył go dobrze, jednak zbyt "na płasko". Zaraz za nim, w odległości 5 foul był triplebar. Na nim zaliczyliśmy zrzutkę, przez złe wyliczenie, jednak nie poddawaliśmy się i po zakręcie - i kilku bryknięciach - najechaliśmy doskonale na szereg z 3 stacjonat w odległości 2 foule między każdą. Wild tym razem bardzo się postarał, wyciągając szyję i podciągając nogi. Przed nami zostały 3 przeszkody: samotny triplebar, stacjonata i za nią murek po łuku. Pierwsze dwie poszły bez problemu, jednak na murku wypadliśmy z rytmu, przez co wpadłem koniu na szyję. Mimo to Wild poradził sobie całkiem nieźle. Pogładziłem go po szyi i zwolniłem do kłusa, dając mu luźną wodzę. Dan mamrotał coś o tym, że świetnie mi poszło, czas krótszy niż ostatnio, więc uśmiechnąłem się do niego, kiedy przejeżdżałem obok. Po kilku minutach przeszedłem do stępa.

Connor
Crooked opanował się trochę, po tym jak Dan na niego wsiadł i teraz o wiele lepiej mi się z nim współpracowało. Ogier po dwóch okrążeniach kłusa zagalopował lekko i płynnie, dopiero za pierwszą przeszkodą bryknął, jednak nie na tyle mocno, żeby go za to karać. Dan mierzył nam czas, kiedy przyspieszyłem lekko , naprowadzając konia na szereg. Przeskoczył go ładnie, dobrze baskillując, z mocnym wybiciem z zadu. Kolejny był rów, który również przeskoczył bez problemów, o wiele lepiej technicznie od jego poprzednika. Triplebar również poszedł bez żadnych przeszkód i dopiero na kolejnym szeregu wyłożył się, zaliczając zrzutkę na każdej z przeszkód, mimo dobrego wybicia. Kolejny triplebar poszedł ogierowi już znacznie lepiej, stacjonata z murkiem bez przeszkód.
- Dobry czas, ale powtórz ten szereg - powiedział Dan, poprawiając drągi.
Zrobiłem woltę w kłusie, zagalopowałem, Crooked bryknął, ale tym razem dobrze najechaliśmy na szereg i ogier przeskoczył go bez żadnych błędów. Pogłaskałem go i rozkłusowałem, żeby po 10 minutach stępa wrócić razem z Philem i Wildem do stajni. Oblaliśmy jeszcze konie wodą i wypuściliśmy Wilda na duże pastwisko, a Młodziaka na jego własne, małe.

014 Teren

Brak komentarzy:
Zastęp: Dan i Resurrected Sun; Connor i Wild Instinct; Jo i Devil's Choir; Elvia i Let's Kill Tonight

Ostatnio w Minnesocie zrobiło się cieplej. Temperatura z -30' wzrosła do -8 i spokojnie mogliśmy wyjeżdżać w tereny, nie bojąc się o przemarznięcie koni. Dlatego też cała stajenna ekipa, oprócz połamanego Troye'a, była niezwykle podekscytowana. Uwielbialiśmy wyjeżdżać razem w tereny, szczególnie kiedy to Dan z Resurrectem prowadzili zastęp. Chłopak zawsze wybierał najtrudniejsze trasy, dużo galopu, "wyciągając" z konia jak najwięcej, nikt się nie nudził i nie narzekał. A nasze wierzchowce ostatnio miały mnóstwo niespożytkowanej energii. W dodatku przyjechała do nas moja młodsza siostra - Jo. Jo Savange jest niską dziewczyną o długich, lekko falowanych, zawsze splecionych w warkocz włosach w kolorze kawy z mlekiem, pulchnych policzkach skropionych piegami, szerokim uśmiechu i jasnoniebieskich, dużych oczach z długimi, czarnymi i zawiniętymi rzęsami. Ma zabójczy śmiech, kocha kreskówki na Cartoon Network, Smarties i nuggetsy. Jeździ raczej rekreacyjnie, chociaż ma spore doświadczenie i srebrną odznakę, nigdy nie startowała w zawodach. Teraz, kiedy Troye nie był w stanie jeździć, zaproponowałam jej, żeby przyjechała do nas z Londynu i trenowała z nami konie. Zgodziła się od razu, podekscytowana na pobyt w Minnesocie. W końcu uwielbiała przyjeżdżać do swojej starszej siostrzyczki. Jo zawitała u nas wczoraj. Przyjechała taksówką i ledwo wypakowała się z niej ze swoimi torbami. Warkocz miała poczochrany, na głowie kapelusz zamiast ciepłej czapki, a na nogach zwykłe trampki. Zmęczona po podróży szybko zasnęła. Rano obudził mnie głośny krzyk. Pobiegłam szybko do pokoju siostry.
- Złaź paskudo! - krzyczała Jo do Thora, który właśnie na niej leżał i lizał jej policzki. Chyba trochę ją podduszał, bo dziewczyna zrobiła się cała czerwona. Gwizdnęłam nieudolnie na psa, jednak ten od razu się poderwał, jakby rozumiejąc moje strasznie próby gwizdania i rzucił się na mnie, stawiając mi przednie łapy na ramionach. Przytuliłam futrzaka.
- Ogarnij dupkę, Jo, zaraz śniadanie - powiedziałam zerkając na zegarek. Była ósma trzydzieści, za pół godziny planowo karmimy konie, czyli za jakieś półtorej powinniśmy być gotowi do wyjazdu. Wszyscy. Inaczej Danny pojedzie do lasu sam, a tego nikt nie chciał.
Dziewczyna szybko wstała i pobiegła do łazienki skutecznie blokując ją na kolejne 15 minut. Na szczęście mieliśmy jeszcze 2 inne, dzięki czemu wszyscy ogarnęliśmy się na czas. Po karmieniu koni zasiedliśmy razem na kanapie przed telewizorem, wszyscy z miską płatków z jogurtem w ręce.
- Za pół godziny wszyscy bądźcie gotowi - powiedział Dan i wyparował z salonu. Wszyscy rzuciliśmy się po ciepłe swetry, kurtki, termobuty, czapki, szaliki i grube rękawiczki, żeby zaraz gnać z uwiązami na małe wybiegi, kląć na słabo rozpinające się sprzączki derek i jak najszybciej czyścić i siodłać nasze wierzchowce.
Dan
Uwielbiałem wprowadzać tą atmosferę. Fakt że wszyscy tak spieszyli się żeby zdążyć w ten teren napawał mnie pewnego rodzaju radością. Rzadko kiedy mam okazję przekonać się, że ktoś lubi mnie i to co robię, a tu proszę, czwórka ludzi właśnie jak najszybciej szykuje konie, żeby wyjechać ze mną w teren. Wyczyściłem Resurrecta już wcześniej, żeby się nie spieszyć i jeszcze móc ponarzekać, jak to wszyscy wolno się szykują. Sun szybko był osiodłany, w derce treningowej. Wyprowadziłem go na zewnątrz, zaciągnąłem czapkę na uszy i wsiadłem, krzycząc do reszty że już czekam. Wszyscy wybiegli ze stajni z końmi kilka minut później. Po chwili już stępowaliśmy po wąskiej ścieżce w lesie. Po około 5 minutach zatrzymałem się.
- Popręgi? - wszyscy sprawdzili swoje, ja sam też podciągnąłem go o dwie dziurki. Ustawiliśmy się znów w zastęp i po kilkunastu metrach zarządziłem kłus. Nie trwał on długo bo po jakiś 10 minutach zwolniłem znów do stępa. Wszyscy znów zaczęli rozmawiać. Nie dałem im jednak na to dużo czasu. Kiedy tylko zastęp się trochę rozjechał, ruszyłem galopem ze stępa. Resurrect szczęśliwy, że w końcu może pobiegać na otwartej przestrzeni ruszył od razu bardzo szybko. Inni ledwo za nami nadążyli, podbierając konie i ruszając szybko galopem. Wjechaliśmy między drzewa, gdzie konieczny był slalom, a w tak szybkim galopie wydawał się on niemal niemożliwy. Jednak nie dla naszych koni, które przechodzą go z przysłowiowym palcem w nosie. W końcu są do niego przyzwyczajone. Wyjechałem ze slalomu i od razu przyspieszyłem. Kilkadziesiąt metrów później skręciłem niemal o kąt prosty i zatrzymałem ogiera. Jo zgubiła się na zakręcie, reszta zatrzymała na zadku siwka. Wild wydawał się być bardzo podniecony terenem, Connor z resztą też nie wyglądał jakby miał narzekać.
- Co dalej? - zapytała Dani, a Celtic parsknęła, jakby dołączając do pytania.
Uśmiechnąłem się i ruszyłem galopem ze stój. Duża przestrzeń, wydawałoby się że będę galopował tak w nieskończoność, jednak po kilku foule zatrzymałem się. Connorowi już się to nie udało i wyjechał z Wildem sporo przede mnie, zupełnie jak Jo i Dani.
- Flaszka - zacząłem mówić pokazując na wszytskich po kolei - flaszka, flaszka - w tym momencie mój palec skierował się na Elvię.
- Ha! - krzyknęła dziewczyna. - Znam już te twoje numery!
Uśmiechnąłem się tylko do niej i ruszyłem stępem. Konie były bardzo podekscytowane jednak nie mogliśmy ich zbyt szybko zmęczyć.
Minęliśmy kamienistą drogę i skręciliśmy na "roller coastera" czyli ścieżkę prowadzącą po wysokich, ale "krótkich" pagórkach, zupełnie jak na kolejce. Konie skakały przez dołki, sprawiając nam tym niesamowitą radość, nie wiedzieć czemu.
- Niech każdy, zanim ruszy, doliczy do pięciu Minnesot - powiedziałem i ruszyłem pełnym galopem na górki. Chwilę później usłyszałem podekscytowany krzyk Connora i dźwięczny śmiech Jo. Konie rozpędzały się do zadziwiających prędkości na takim szlaku, przez co nasze oczy łzawiły i wyglądaliśmy jakbyśmy płakali ze strachu, bo nas poniosły. Chwilę po tym jak się zatrzymałem dotarł do mnie Wild z Connorem, oboje niezwykle szczęśliwi. Później Jo i Devil, który strzelił parę baranków, ale dziewczyna zdawała się być tym nieprzejęta, przybyła piątkę z Connorem i dała koniu luźną wodzę, aby mógł sie popaść. Później Elvia i Let's Kill. Dziewczyna ciągle się śmiała, zaczynała się już nawet zapowietrzać. Rozpędziły się tak bardzo, że minęły nas wszystkich i z między drzew, wyjechały na drogę. Wróciły równo z tym jak dotarła do nas Dani. Uśmiechnięta i pozytywna jak zawsze. Celtic była najspokojnieszym ze wszystkich tutaj koni i nigdzie nie było jej spieszno, więc dziewczyna pozwalała jej iść jej tempem. Ruszyliśmy w zwartej grupce stępem na kolejną przeszkodę. Tym razem był to równie naturalny jak roller tor przeszkód: rowek do przeskoczenia, dwie gałęzie "w ryj" (każdy nimi dostawał), długa prosta i pod górkę, gdzie się zatrzymywaliśmy.
- Tym razem do trzech! - powiedziałem i ruszyłem. Kiedy Resurrect skakał przez rowek usłyszałem "3 Minnesoty!" Connora i chwilę później jego śmiech. Uwielbiałem to, że przynosi im to tyle radości.
1 gałąź, 2 gałąź i nowa rana na policzku, ale nie specjalnie się ją przejąłem, jedynie pogoniłem Słoneczko na prostej. Po tym jak wszyscy przejechali przez tor ruszyliśmy galopem w zastępie. Przegalopowaliśmy wąską ścieżkę przez las i zwolniliśmy do stępa, kiedy wyjechaliśmy na kamienistą drogę. Byliśmy właśnie obok torów, kiedy usłyszeliśmy pociąg, zbliżający się do przejazdu.
- Ścigamy się! - krzyknąłem, ruszając galopem, równo z pociągiem.
Miny ludzi w przedziałach były przezabawne. Pomachałem jakiejś małej dziewczynce, umorusanej czekoladą, a ta z wielkim uśmiechem na pulchnej twarzyczce odmachała mi. Odjechaliśmy w ścieżkę do lasu nie zwalniając. Chwilę później wyjechaliśmy na wielką łąkę, gdzie zatrzymaliśmy się i pozwoliliśmy koniom na chwilę odpoczynku. Te od razu zaczęły się paść, wygrzebując spod śniegu wysoką trawę. Po kilku minutach zrobiło mi się zimno, wiec krzyknąłem do Elvii:
- Elvia, wyścig! - i ruszyłem galopem na przeciwległą stronę łąki. Dziewczyna dogoniła mnie nawet przegoniła, a kiedy zadowolona stała na "mecie" podjechałem do niej, mówiąc:
- Flaszka!
- Ty szujo, zrobiłeś to specjalnie! - zaśmiała się.
Widocznie zapomniała o niepisanej zasadzie "kto mija prowadzącego, stawia flaszkę". Inni dogonili nas chwilę później. Ruszyliśmy stępem w las. Chwilę potem wyjechaliśmy na drogę, gdzie pokłusowaliśmy chwilę, po czym wróciliśmy do lasu.
- Nogi ze strzemion, a po zejściu z górki przed siodło! - krzyknąłem.
Ten kawałek trasy pokazywałem im pierwszy raz, więc oczekiwałem krzyków zachwytu. Tak też było, wszyscy wydawali z siebie stłumione, bądź nie, jęki radości. Wjechaliśmy do mini-kanionu, w którym rzeczka zdążyła dawno wyschnąć, a jednak wyżłobiła dołek tak głęboki, że z powodzeniem zakrywał on konia i osobę siedzącą na nim, mimo to był wąski, dlatego też musieliśmy mieć nogi w takiej pozycji. A w dodatku wyglądało to pięknie. Ściany obrośnięte mchem, sprószonym lekko śniegiem, a nad nami "dach" z gałęzi przeróżnych drzew.
Jechaliśmy w kanionie stępem, przez około pięć minut. W końcu zatrzymałem się i poleciłem reszcie włożyć nogi z powrotem w strzemiona. Poczekałem kilka sekund i popędziłem Resurrecta galopem do wyjazdu z kanionu. Wygalopowaliśmy wszyscy z dołka i kilkanaście metrów później zwolniliśmy do kłusa, a potem do stępa. Później całą drogę do stajni stępowaliśmy na luźnej wodzy, pozwalając koniom odpocząć.
Kiedy zawitaliśmy do stajni zauważyłem na podjeździe znany mi pojazd, a przed drzwiami do domu kilka sporych walizek. Tylko dlaczego kilka?
Szybko rozsiodłałem Resurrecta i pobiegłem do domu. Wbiegłem do środka w butach, zostawiając za sobą ślady śniegu. Na kanapie w salonie siedział Phil. Spokojnie czytał książkę, a kiedy usłyszał kroki podniósł wzrok i uśmiechnął się do mnie.
- Zostaję na zawsze - powiedział cicho, a zaraz potem został przygnieciony przeze mnie. Nie pytałem już o nic tylko tuliłem chłopaka do siebie. Ten dzień nie mógł być już lepszy.